Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!


Zamek w Prievidzy
Dzień 3.
Sučany – Martin – Pribovce – Nitranske Pravno – Prievidza, ok. 85 km 
 
Dzień wstał – jak codziennie na tej wyprawie – ciepły i słoneczny, trzeba przyznać, że do pogody mieliśmy niewiarygodny fart, bądź co bądź był to sierpień i okres – również na Słowacji – najwyższych opadów w ciągu roku.
 
Z Martina wyjechaliśmy dość główną drogą na południe, więc z ulgą przyjęliśmy wyczekiwany zjazd na Pribovce, gdzie odbijaliśmy bardzo lokalną drogę o – jak się okazało – niemal zerowym ruchu. Piękne krajobrazy (wokoło pagórki, a w prawo do tyłu góry) nastrajały do rozkoszowania się jazdą w ciszy i spokoju. Droga do Nitranskeho Pravna zleciała nam wśród falowania, pogawędek, krótkich postojów na picie i tym podobnych miłych czynności. Stamtąd droga była już główniejsza, ale szczęśliwie też niezbyt zatłoczona, a także – jak wszystkie dotychczas i większość potem – o doskonałej jakości asfaltu. Trzeba przyznać, że na Słowacji umieją dbać o drogi, nie to co u nas...
 
Do Prievidzy było już blisko i znów z górki, więc dojechaliśmy bardzo wcześnie, było chyba ok. 14. Tamże zadekowaliśmy więc rzeczy w łatwo odnalezionym schronisku, w którym udało nam się uzyskać cenę za nocleg pomyślaną dla Słowaków (dla cudzoziemców noclegi na Słowacji były wtedy generalnie 2-3 razy droższe). Po tym heroicznym wyczynie ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Od razu przykuł naszą uwagę zamek na nieodległym wzgórzu, więc popędziliśmy zwiedzać. Zamek w Prievidzy okazał się być rodem niemalże z bajek Disneya, pięknie odrestaurowany i – niestety – również dość mocno Zamek w Prievidzyzagospodarowany turystycznie, więc o dzikości mowy nie było, ale i tak bardzo nam się podobał. Fotek nastrzelaliśmy co niemiara i generalnie było super!
 
Potem jeszcze pozwiedzaliśmy centrum miasta pod kątem zakupowym, mnie się na ten przykład udało kupić rękawiczki rowerowe, bo zaczynałem odczuwać ból nadgarstków. Zakup był trafiony w dziesiątkę, rękawiczki rozwaliły mi się dopiero 7 lat później! :)
 
Po różnorodnym i intensywnym dniu przyszła więc pora na zasłużony odpoczynek.
 
 
Dzień 4.
Prievidza – Partizanske – Topol’čany, ok. 65 km
 
Dzień bez historii. Nawet Partizanske – mimo obiecującej nazwy ;) – nic ciekawego nie zaoferowało, a mieszczący się w Topol’čanach największy browar w kraju, gdzie warzy się wszechobecny Topvar, był nieciekawą, szarą, betonową bryłą, którejNitra ze wzgórza Zobor – o ile nas prawidłowo poinformowano – nie można było zwiedzić od środka. Nawet nie pamiętam, gdzie spaliśmy ;) 
 
 
Dzień 5.
Topol’čany – Nitra, ok. 65 km
 
Jak widać, odechciało nam się robić długie etapy ;) Główna droga wzdłuż doliny rzeki Nitra znośna pod względem ruchu i niezbyt ciekawa krajobrazowo. Samo miasto Nitra miało do zaoferowania niezbyt imponujący zamek, supermarket Tesco (wtedy dla nas spora atrakcja, było to pierwsze Tesco, które widziałem poza Wielką Brytanią) oraz trwające właśnie targi rolne – największe na Słowacji. Z tego ostatniego powodu miejsc noclegowych brak! No nieźle. Już myśleliśmy o wyjechaniu poza miasto celem poszukania kempingu, kiedy okazało się, że jednak w jednym schronisku znajdzie się jeden pokój dwuosobowy po 250 Sk od łba. Drogo, bardzo drogo, ale co począć? Zapłaciliśmy, posnuliśmy się po miasteczku (czwarte czy piąte co do wielkości na Słowacji, a Wzgórze Golgota w Nitrzedziura jakich mało!), wjechaliśmy na górę Zobor (najbardziej na zachód wysunięte wzniesienie Słowacji Środkowej ze szczytem o nazwie Golgota i trzema łotrami po bokach) i poszliśmy spać.
 
 
Dzień 6.
Nitra – Hlohovec – Trnava, ok. 65 km
 
Właściwie kolejny dzień bez historii, choć mówiąc tak jestem chyba jednak nieco niesprawiedliwy – myśmy się po prostu rozkoszowali samą jazdą! :)
Z kronikarskiego obowiązku odnotuję jeszcze przeprawę przez największą rzekę Słowacji - Vah (największą po Dunaju, ale Dunaj jest największą rzeką wielu państw :p)
 
Trnava słynie z pięknie zachowanych murów miejskich i faktycznie stare miasto jest ładnie ogrodzone, tyle że samo w sobieMury miejskie w Trnavie już niezbyt atrakcyjne. Posnuliśmy się trochę po uliczkach, z zaciekawieniem posłuchaliśmy fragmentu mszy po słowacku w staromiejskim kościele i poszliśmy spać w jakimś obskurnym ale tanim hotelu robotniczym na pólnocno-zachodnim przedmieściu.
 
 

Dzień 7.
Trnava – Modra – Pezinok – Bratislava, ok. 65 km
 
Ładne widoki. Droga (drugi dzień z rzędu boczna) wiodła u podnóża Małych Karpat, przez śliczne wioski oraz urokliwe miasteczko Modra słynące z produkcji win. Wina nie spróbowaliśmy, bo już byśmy tego dnia dalej nie pojechali ;), tylko pozachwycawszy się nieco, popedałowaliśmy ku stolicy.
 
Wjazd do Bratysławy przez Svāti Jur nie za ciekawy. Główna droga, ruch i w ogóle jakoś nieprzyjemnie. Na szczęście miejsce, które nam polecono (kto? Dlaczego wiedzieliśmy z góry dokąd podążać? Nie pamiętam :/) było na tej samej trasie wlotowej (ulica Račiańska) i to już ze dwa kilometry od granicy miasta. A miejscem tym był akademik. Akademik jak akademik – zwyczajny, ale jedno miał niezwyczajne: ceny. Dla „normalsów” po 100 Sk za noc (tanio), a dla studentów... po 40!! No barszcz po prostu, taka impreza, zostajemy tydzień!  
 
Jak powiedzieliśmy, tak i zrobili – następny tydzień spędziliśmy w Bratysławie...


Tour de Slovakia 1997: Poprzednia
1 2 3 Następna