Tour de
Slovakia 1997
wyprawa rowerowa, 15 dni 1.014 km
uczestnicy:
| Miki
& Maciek |
 |
Wstęp
Kto
czytał poprzednią relację, ten
wie, kto nie czytał, niech się dowie, że po wyprawie mniejszej
– „testowej” dla
nas i dla sprzętu – przyszedł czas na większe wyzwanie, czyli
jakąś
dwutygodniówkę. Wybór padł na Słowację, bo to i
blisko, i niedrogo, i ładnie, i
nieco egzotycznie. Przy tym drogi ponoć dobre, ludzie mili, a i
gór nieco ;) tu
i ówdzie. Zaplanowanie trasy zajęło nam kilka dni, ale już
wiedzieliśmy, że
startujemy z Żywca i kierujemy się ku Bratysławie, po drodze zwiedzając
wszystko co się da i przynajmniej cześć tego, czego się nie da. Niezły
plan,
co? ;)
Skoro
zatem mamy plan, sprzęt, ochotę i siły, a
nawet czas (wakacje, ech...), to nie pozostaje nic innego jak
ruszać! Takoż
i –
pewnego sierpniowego poranka – ruszyliśmy...
Dzień
1.
Łódź
– (pociąg) – Żywiec –
Korbielów – Namestovo, ok. 60 km
No i zaczęło
się rumakowanie! Z
Żywca najpierw łagodnie, potem ostro, aż wreszcie bardzo ostro do
góry. 9 km/h
to była już prędkość szałowa! Ale – o dziwo –
jechało się dobrze! W Korbielowie
na przejściu granicznym Pan Słowak zapytał nas, czy mamy koruny. Nie
mieliśmy.
„Waluti”? Na co Maciek twardo:
„waluti!”. I tak wjechaliśmy na Słowację.
Zjazd do Namestova to już samo
miodzio. W zasadzie poniżej
40 km/h licznik nie wskazywał :) Pod wieczór zaczęliśmy
szukać kwatery (przy
czym słowo „szukać” na Słowacji jest non-grata,
więc w zasadzie tej kwatery
„hladaliśmy”). Nie będę ukrywał, nie szło łatwo.
Zwłaszcza, że nie chcieliśmy
płacić jak za zboże. W końcu pewna gospodyni powiedziała, że może nas
przenocować
za paczkę papierosów. Wow! Zaraz, a po ile tu są papierosy?
Były w cenach
„polskich”, natomiast warunki noclegu... No
cóż, to był kurnik! Co prawda bez
mieszkanek, ale wchodziło się po drabinie, a spało... nie, nie na
grzędzie, ale
na betonie. Ale w sumie co nam szkodzi? Mamy przecież karimaty :) Przed
snem
poszliśmy
jeszcze
do miejscowej knajpki na piwo, sok jabłkowy i paluszki (komu
by się chciało spędzać wieczór w kurniku?) i –
jako że dzień był męczący – dość
wcześnie zalegliśmy w śpiworach.
Dzień
2.
Namestovo
– Oravske Podhradie – Dolny Kubin –
Martin –
Sučany, ok. 95 km
Najpierw trochę falowania po
pagórkach, a potem zaczyna
się jazda! Podjazd jeszcze ostrzejszy i znacznie dłuższy niż wczoraj,
ale
dzielnie pniemy się ku górze i to bez postojów!
Co to, supermeni z nas, czy
co?! ;)
Wreszcie osiągamy
ponadtysiącmetrową przełęcz i wtedy
zaczyna się dziać! Po kilkudziesięciu sekundach padają życiowe rekordy
prędkości, ja przy 65 na liczniku przestaję cokolwiek widzieć z powodu
załzawionych oczu, więc postanawiam zwolnić. Przyhamowawszy solidnie,
patrzę na
licznik: 55! Szalony
zjazd serpentynami trwa aż do Oravskeho Podhradia. Tam
oglądamy imponujący zamek usytuowany na zębie skalnym. Nawet
wjechaliśmy nań
rowerami i weszliśmy do środka! To już rozpusta, ale skoro mamy
zwiedzać
wszystko, a zamek jest wyjątkowo atrakcyjny, to nie ma rady ;)
Po zamku zjeżdżamy szeroką
doliną wśród niewysokich gór na
przemysłowego i nieładnego Dolnego Kubina, gdzie czeka na nas pierwsza
poważna
decyzja. Czy damy dziś radę jeszcze jednemu mocnemu podjazdowi? Chyba
nawet
lepszemu niż rano, bo trzeba by się przebić do Rožomberka przez Niżnie
Tatry,
więc przełęcz dobrze ponad tysiąc metrów murowana! Po
krótkiej naradzie
stwierdzamy, że chyba nie mamy już na to dziś ochoty i decydujemy się
na
wariant przez Martin. Błąd! To miał być ostatni poważny podjazd na
trasie, a my
go po prostu odpuściliśmy :/
Do Martina właściwie nic
już się nie działo. Ot, takie
falowanie, ale cały czas w dół doliny (najpierw Oravy, a
potem Vahu). W samym
mieście – konsternacja. Nie ma kwater! Jak to, to gdzie
będziemy spać? Trochę
już zmęczeni poszukiwaniem „privatu” dowiedzieliśmy
się od jakiejś dobrej
duszy, że pobliskich Sučanach jest młodzieżowy
„Šport-hotel”, gdzie można
niedrogo przenocować. Tylko, że przez tę miejscowość już jechaliśmy! No
nic,
trudno, trzeba było się cofnąć, na szczęście tylko kilka
kilometrów, bo byliśmy
już solidnie zmęczeni.
W hotelu miły pan recepcjonista poprosił nas,
żebyśmy mówili po polsku,
bo wtedy on nas lepiej rozumie, niż jak usiłujemy hovorit’ po
słowacku. I
faktycznie rozumiał. Wynajął nam dwuosobowy pokój za bodaj
250 koron i git.
Można się było wykąpać i wygodnie wyspać, co –
zarówno jedno jak i drugie -
było po dwóch dniach jazdy z przerwą na nocleg w kurniku
mocno wskazane. Tu
warto wspomnieć, dlaczego już drugi raz z rzędu tak desperacko
poszukiwaliśmy
noclegu pod dachem. Otóż umówiliśmy się, że
namiot bierzemy tylko na wszelki
wypadek. Dlaczego? Bo strach zostawić rowery poza namiotem i iść spać.
I rzeczywiście
całą tę wyprawę twardo spaliśmy w schroniskach i innych takich. Czy
słusznie?
Trudno powiedzieć, ale już na kolejnej nie miałem obiekcji przed
nocowaniem w
namiocie, może przestałem się już tak trząść o swojego –
wtedy nowiutkiego –
schwinna...?