Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!



BiskupinBiskupin
Dzień 3.
Wenecja – Biskupin – Gąsawa – Gościeszyn – Gniezno, ok. 65 km
 
Dzień następny zaczęliśmy od zwiedzania pobliskiego grodziska w Biskupinie. No niewątpliwie fajna rzecz. Ktoś się nieźle napracował, żeby to odrestaurować i gród wygląda imponująco ze swoim częstokołem i podłużnymi chatami. Trochę się podczas zwiedzania niepokoiliśmy o rowery, które zostawiliśmy przy wejściu do parku pod opieką tutejszych strażników, ale na szczęście niepotrzebnie.
 
Było już nieźle po południu, kiedy wreszcie ruszyliśmy dalej. Po drodze była Gąsawa, gdzie – jak perorował Maciek – któryś-tam książę udzielił komuś-tam jakichś-tam przywilejów, ale że wieś składa się głównie ze sklepiku społem, więc w sumie nie czuliśmy się specjalnie uprzywilejowani i pognaliśmy dalej odkrywając po drodze, że co dwie głowy to nie jedna! ;)
 
Reszta trasy jakoś mi się nie utrwaliła (piszę tę relację w 10 lat po tych wydarzeniach, więc wybaczcie skrótowość). Dość, że pod koniec dnia dotarliśmy do Gniezna. Pierwsza stolica Polski robi wrażenie nawet dziś. Nie jest to może Kraków, ale historię jednak dość dobrze widać i miasto ma ochotę się z nią pokazać. W to nam graj! Jeszcze tego dnia zwiedziliśmy katedrę ze słynnymi Drzwiami i nałykaliśmy się ładnych, zabytkowych widoczków. Kolejne schronisko PTSM (znów bardzo fajne, w ogóle polecam tę formę noclegu dla osób niezasobnych, które jakoś nie mają ochoty na spanie w namiocie) udzieliło nam gościny, więc – zdrożeni – ze spaniem nie mieliśmy problemów ;)
 
 
Dzień 4.
Gniezno – Pobiedziska – Poznań, ok. 70 km
 
Dzień zaczęliśmy od zwiedzania pozostałych atrakcji Gniezna, ale widać nie były aż tak atrakcyjne, bo nic mi się nie utrwaliło :/ A może po prostu chciałem znów jak najszybciej dosiąść mojego wspaniałego Schwinna? W końcu obaj dosiedliśmy i podążyliśmy drogą krajową nr 5 w kierunku Poznania (był to czas, kiedy jeszcze robiliśmy ten błąd, żeby jeździć głównymi drogami bez absolutnej konieczności). Droga była bardzo ruchliwa, ale znacznie szersza niż poprzednie, więc w sumie nie jechało się źle. Tym sposobem ani się obejrzeliśmy jak byliśmy w Pobiedziskach. A tam, jakież atrakcje! Po pierwsze: lody. Po drugie ogromna renesansowa bazylika z kopułą prawie jak u św. Piotra w Rzymie (piszę „prawie, bo rzymskiej nie widziałem, co robi wielką różnicę). No w ogóle ekstra. Pogapiliśmy się, zapomnieliśmy natrzaskać fotek (a może film się skończył? A może – o zgrozo – urwał?! Grunt, że fotek nie ma :/) i dalejże, hajże! Droga nr 5 nam przypasowała, zwłaszcza że napotkaliśmy malownicze wiatraki , więc podążyliśmy nią swobodnie do Poznania. Tam trochę nerwówki, bo nie wiedzieliśmy, gdzie jest schronisko PTSM. Udało się je namierzyć poprzez informację telefoniczną i miłego pana z samego schroniska, który nam telefonicznie wytłumaczył dojazd (że się nie załamał tłumacząc drogę przez ponad pół miasta!).
 
Poznań – piękny! Naprawdę świetne robi wrażenie! Jeżdżąc doszliśmy do wniosku, że nie będziemy zachęcać przyjaciół z Łodzi do wizyty w tym mieście, z obawy, że zdecydują się tam zostać ;)
Zostawiwszy rzeczy w schronisku pozachwycaliśmy się trochę – a nawet sporo – „na lekko”, fotek tym razem niemało strzeliwszy (kupiliśmy film?) i przyszła pora na sen. Rano dzień ostatni :/
 

Dzień 5.
Poznań – (pociąg) – Toruń – (pociąg) – Łódź, mało km
 
Trochę jeszcze pozwiedzawszy stwierdziliśmy, ze nie mamy dość naszej wycieczki, ale że tego dnia wieczorem mieliśmy być w Łodzi, więc trzeba było ruszać. Ale właściwie czemu nie pojechać przez Toruń? Też piękne miasto, z Łodzią i Poznaniem dobrze kolejowo skomunikowane, a Poznań z Łodzią wyjątkowo paskudnie... No i tak trafiliśmy do miasta Kopernika. Tu oczywiście również fotki, ale bardziej już pożegnalne, trochę zwiedzania miasta i w zasadzie przyszła nomen omen kolej na powrót. Wieczorny pociąg dowiózł na całych i zdrowych na Kaliską.





Dwie głowy
GnieznoGnieznoWiatraki koło Pobiedzisk
Rynek w Poznaniu Aula Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza
Toruń Toruń

Nasza pięciodniowa wycieczka okazała się bardzo cenna. Po pierwsze dostarczyła nam wiary, że zapewnienia pana w sklepie rowerowym, jakoby sprzedawał nam bardzo dobry sprzęt, nie były czcze. Po wtóre, że my również dajemy radę. Po trzecie, że takie eskapady to jest coś, gdzie nie tylko my mocno kręcimy, ale i nas to mocno kręci. Przyszła więc pora pomyśleć nad kolejnym celem. Padło na Słowację...


Kujawy - Wielkopolska 1997: Poprzednia
1 2 Strona główna