![]() |
Po kilku minutach spokoju decydujemy się przenieść bagaże i siebie do drugiej klasy, żeby nie prowokować i tylko co jakiś czas filować na rowery, a w razie potrzeby nawet udawać, że to nie nasze :p Jednak z powodu tego filowania, mimo że jest już po północy, co najmniej jedno z nas musi czuwać. Miki zgłasza się na ochotnika i właściwie więcej czasu spędza czytając na korytarzu niż siedząc w przedziale, w którym jest zresztą nieznośnie gorąco. Do Žiliny jednak nie tylko nikt się nie czepia rowerów (mimo że konduktor je ewidentnie widział, to jednak olał), ale nawet nie sprawdza nam biletów! O 2:34 po raz drugi oddychamy z ulgą na peronie w Žilinie. Następny pociąg, do Čadcy, odjeżdża o 3:50...
O 3:54, kiedy w mającym przed chwilą odjechać pociągu nadal jest ciemno i głucho, decydujemy się czegoś dowiedzieć. Od trzeciej napotkanej pani w uniformie dowiadujemy się wreszcie, że pociąg o 3:50 w weekendy nie jeździ. Fajna ta informacja kolejowa na dworcu w Bratysławie... Ale nie ma tego złego: następny pociąg jest o 4:45 i to od razu do Skalitego. Mało tego – to ten sam pociąg, na który przesiedlibyśmy się w Čadcy! Więc w sumie jesteśmy o jedno rozbieranie rowerów do przodu :)
Ale są też minusy: ten pociąg ma wagon bagażowy, do którego trzeba oddać rowery. To jeszcze nie problem, ale pani chce po 20 Sk w gotówce od sztuki... Na szczęście obejrzawszy bilety zmienia zdanie i stwierdza, że możemy jechać bez dopłaty. Uff...
W pociągu wreszcie zasypiamy jak dzieci i konduktor budzi nas dopiero podczas postoju w Skalitem. Jest szósta, mgła, zimno i siąpi. No i znów góry wokoło. Konduktor mówi, ze to jeszcze nie jest Serafinov, ale że do Serafinova odchodzi “motorek” o 6:30. Totalnie zaspani wywalamy rzeczy z wagonu, rowery z bagażowego i ciskamy to wszystko pod ścianę budynku stacji. “Nasz” pociąg rusza w drugą stronę...
Po ubraniu rowerów początkowo zamierzamy jechać do granicy właśnie na nich, ale widząc w jakim jesteśmy stanie (kulbaczenie rowerów zajęło nam pół godziny!) decydujemy się jednak wsiąść w to coś, co wygląda jak autobus szynowy. W ostatniej chwili zresztą! Odjazd i już mkniemy przez końcowy – kilkukilometrowy odcinek, oglądając po lewej stronie dumnie piętrzące się w totalnie zachmurzone niebo filary do estakad nowej drogi międzynarodowej, której na razie są jedynym śladem. Po kilku minutach jesteśmy na przystanku Serafinov. Tu jeszcze większe zadupie, nikogo nie ma, a “pociąg” natychmiast odjeżdża z powrotem, więc zostajemy całkiem sami wśród gór o 6:45 w niedzielę.
Nic
to! Szukamy drogi do przejścia granicznego! No tak, ale po chwili
okazuje się, że jedyną drogą, która nie kończy się po
max. 100 metrach jest ta prowadząca wzdłuż torów z powrotem
ku Skalitemu... Jak to? Wg mapy ma być 3 km dość dużą szosą do
całodobowego przejścia drogowego, a tu dosłownie “koniec
świata”!! No naprawdę - innej drogi nie ma! Wreszcie decydujemy
się na desperacki krok i kierujemy się żółtym górskim
szlakiem za napisem “Zwardoń”. Podprowadzamy rowery na
niewielkie wzniesienie i... oczom naszym ukazuje się tablica
“Rzeczpospolita Polska – turystyczne przejście graniczne”!
Szok! Nie było chyba nawet kilometra od Serafinova. Pytamy grzecznie
napotkanego Pana, którędy do stacji w Zwardoniu, a Pan mówi,
że drogą 300 metrów w dół i już. No to zjeżdżamy
i faktycznie – jest stacja z czynną kasą, a pani mówi, że
pociąg o 7:53 do Katowic jak najbardziej odjeżdża. Rewelka!
Kupujemy bilety, chwilę czekamy i jest. Wsiadamy do przedziału “dla
podróżnych z większym bagażem ręcznym” na końcu
jednostki i natychmiast zasypiamy.
Budzimy się lekko przed Katowicami (zresztą chyba to było w Żywcu, ale zaraz znów zasnęliśmy, więc wydawało się, że chwilę przed końcem trasy :p), kiedy jakaś pani przystawia nasze rowery swoim – też z sakwami. Po “chwili” Katowice. Wysiadamy i okazuje się, że owa pani też jedzie do Łodzi. Pociąg do Łodzi ma być o 12:40, jest 11:15, więc pani prosi nas o popilnowanie roweru, a sama idzie kupić coś do żarcia. Po jakimś czasie wraca z dwoma snickersami dla nas :) Potem wreszcie podstawiają pociąg, wsiadamy, przysypiamy, kołyszemy się, trochę czytamy i wreszcie ŁÓDŹ KALISKA. Jest ciut po 17 w niedzielę, kiedy oboje meldujemy się w domach z głowami pełnymi wspaniałych wspomnień i odjechanych pomysłów na następną wyprawę rowerową. Może już za rok...?
tekst i zdjęcia: Magda i Miki
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Strona główna |