Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 14.
4 sierpnia (piątek)
Wiedeń, 53 km

Rano nadal siąpi, ale twardo wstajemy przed ósmą (rzeczy Mikiego prawie suche!), prysznic, leniwe śniadanie i przed dziesiątą “na miacho”. Tuż przed wyruszeniem przestało siąpić, więc nawet nie musimy zakładać peleryn :p

osobny most przez Dunaj dla rowerowWiedeń okazuje się być miastem pedałów – wszędzie ścieżki rowerowe! Nawet mostem jedzie się zdecydowanie osobno niż samochody, bo pod spodem prowadzi osobna kładka dla rowerów! Leciutko błądząc docieramy do wesołego miasteczka na Praterze – dla Mikiego główny powód wizyty w mieście – które jednak dopiero powoli się budzi, więc tylko zasięgamy języka w informacji, że większość atrakcji otwiera się wczesnym popołudniem i przy wciążBurak Supermarkt poprawiającej się pogodzie, pełni nadziei i zapału, jedziemy dalej. Zahaczamy po drodze o Billę, gdzie zbieramy do koszyka niewielkie zakupy, a przy kasie okazuje się, że... nic nie możemy kupić, bo owszem, można płacić kartami, ale wyłącznie austriackimi!! Potem ta sama informacja w PennyMarkt! Co to za buraki w tych supermarketach, no?! Rada w radę zapada decyzja:: pobieramy 50 EUR z bankomatu.

Katedra św. Stefana

Hofburg

Tak zaopatrzeni wreszcie kupujemy “coś dobrego” na cały dzień i uderzamy do ścisłego centrum. Przy katedrze św. Stefana znów zaczyna padać, więc bezskutecznie próbujemy przeczekać w podcieniach naprzeciwko i zniechęceni wreszcie ruszamy dalej po Hofburgobfotografowaniu katedry (Magda nawet zajrzała do środka, ale wstęp kosztował 5 EUR, więc odpuściła). W kapuśniaczku oglądamy i fotografujemy Operę i Hofburg, potem już przestaje padać, więc jeszcze rundka po Ringu i znów wracamy na Prater. Tu wreszcie wszystko działa, więc Miki “sprawdza” dwie kolejki górskie, w tym wymarzony od ósmej klasy podstawówki (!!) “Boomerang” (fajne, choć w sumie bez rewelacji, aczkolwiek pierwszy raz w życiu siedziałem w rollercoasterze tyłem do kierunku jazdy), zjadamy po kebabie, wspólnie robimy przejażdżkę go-kartami i usatysfakcjonowani wracamy do centrum. Tam się jeszcze sporo szwendamy, nawet robimy wypad wzdłuż rzeki na zachód do imponująco się prezentującego wieżowca, który Miki omyłkowo bierze za nową UNIQA-Tower (okazało się, że to galeria handlowa i hotel w Donau Turm), pijemy kawę w McDonaldzie i postanawiamy wpaść do znajomej Mikiemu knajpki na cidera. Knajpki jednak nie udaje się odnaleźć (chyba przestała istnieć), ale w końcu trafiamy namost w Wiedniu “Guiness Pub” i tam – w zdecydowanie anglojęzycznym otoczeniu – sączymy 0,5l Strongbowa za 4,70 EUR (!!). Wreszcie zaczyna się ściemniać, więc wsiadamy na siodełka i – dość mocno błądząc bo Miki postanowił jechać “na czuja” i to się zemściło – wracamy w końcu po 21 na kemping. Kolacja, mycie i lulu.

Dzień 15.
5 sierpnia (sobota)
Wiedeń – Bratysława, 92 km

HunderwasserhausPobudka o siódmej, bo zdecydowaliśmy, że chcemy jeszcze dziś skoczyć do centrum zobaczyć prawdziwy “Hundertwasserhaus”, mycie, jedzenie, pakowanie, zwijanie (suchego!) namiotu, porzucenie rzeczy w recepcji i jedziemy.

Rzeczony Haus ciekawy, ale z nóg nie zwala i po obfotografowaniu i kebabie u znajomych Turków na Praterze wracamy jak strzelił na kemping. Tam ubieramy rowery Ubieranie rowerów na kempingu "Neue Donau" w Wiedniui o 14:15 ruszamy w znajomą drogę powrotną. Zahaczamy jeszcze o Spar, gdzie – w przewidywaniu dłuuugiej nocy – kupujemy za resztkę euro trzy “nibyredbulle” i już znajome ulice, wały. Mamy silny wiatr mniej-więcej w plecy, więc pędzimy 25-28 km/h :) Krótki postój w znajomej knajpce w Schönau (zaczyna kropić) i jak najszybciej gnamy dalej, żeby uciec przed deszczem, ewidentnie nas goniącym z zachodu. Najnudniejszy odcinek świata przelatujemy z jednym postojem i średnią dobrze ponad 20 km/h, potem już most, Hainburg, ścinamy “kolanka” i granica. Cały ten odcinek (lekko ponad 60 km) w 3,5 godziny :)

Na granicy jakby się przeciera, ale nie marudząc jedziemy dalej ścieżką rowerową, która nas jednak wyprowadza na manowce, bo w okolice mostu autostradowego właściwie poza miastem. Wracamy więc klnąc i przebijamy się znaną już drogą ku Petržalce, gdzie po krótkich poszukiwaniach namierzamy Tesco. ZakupyBratysława nocą obejmują wypasiony obiad złożony z ponad 800g pysznego gulaszu wołowego na gorąco. Palce lizać! :) Potem jedziemy do znajomej “Bank+Coffee” na kawę, skąd równo o 22 wychodzimy, bo zamykają.Pałac prezydencki w Bratysławie Jeszcze fotograficzna rundka po nocnym centrum i na dworzec.

A na dworcu dopiero się zaczyna! Pani w kasie mówi, że w pociągu, którym zdecydowaliśmy się jechać do Žiliny nie ma wagonu bagażowego i że najpewniej nie zgodzą się przewieźć nim rowerów. Mimo to kupujemy bilety do Skalite-Serafinov i – po chwili zastanowienia – jednak bilety bagażowe na rowery na tę samą trasę. Pani co prawda sugerowała, żebyśmy zapłacili w pociągu po 20 Sk, ale przecież... nie mamy gotówki! Dobrze że pomyśleliśmy o tych biletach bagażowych – przydały się później...

Na peron udaje nam się wtaszczyć rowery bez ich rozbierania, więc jesteśmy mobilniejsi i kiedy podstawiają pociąg możemy spokojnie go zlustrować. Z tyłu ma kilka kuszetek, więc tam wstawienie rowerów odpada. Idziemy do przodu, a tam na samym czele... pierwsza klasa! No tragedia! Trudno, konduktora nie widać, to pakujemy rowery na przedni pomost (już bez sakw), wnosimy resztę majdanu i przy rowerach na korytarzu czekamy co się wydarzy i czy nas aby nie wyrzucą... O dziwo nic się nie wydarza i kiedy pociąg rusza oddychamy z lekką ulgą. Ale oczywiście, do Žiliny daleko...

Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna