![]() |
Rano nadal siąpi, ale twardo wstajemy przed ósmą (rzeczy Mikiego prawie suche!), prysznic, leniwe śniadanie i przed dziesiątą “na miacho”. Tuż przed wyruszeniem przestało siąpić, więc nawet nie musimy zakładać peleryn :p
Wiedeń
okazuje się być miastem pedałów – wszędzie ścieżki
rowerowe! Nawet mostem jedzie się zdecydowanie osobno niż
samochody, bo pod spodem prowadzi osobna kładka dla rowerów!
Leciutko błądząc docieramy do wesołego miasteczka na Praterze –
dla Mikiego główny powód wizyty w mieście – które
jednak dopiero powoli się budzi, więc tylko zasięgamy języka w
informacji, że większość atrakcji otwiera się wczesnym
popołudniem i przy wciąż
poprawiającej się pogodzie, pełni
nadziei i zapału, jedziemy dalej. Zahaczamy po drodze o Billę,
gdzie zbieramy do koszyka niewielkie zakupy, a przy kasie okazuje
się, że... nic nie możemy kupić, bo owszem, można płacić
kartami, ale wyłącznie austriackimi!! Potem ta sama informacja w
PennyMarkt! Co to za buraki w tych supermarketach, no?! Rada w radę zapada decyzja:: pobieramy 50 EUR z bankomatu.
|
|
Tak
zaopatrzeni wreszcie kupujemy “coś dobrego” na cały dzień i
uderzamy do ścisłego centrum. Przy katedrze św. Stefana znów
zaczyna padać, więc bezskutecznie próbujemy przeczekać w
podcieniach naprzeciwko i zniechęceni wreszcie ruszamy dalej po obfotografowaniu katedry (Magda nawet zajrzała do środka, ale wstęp
kosztował 5 EUR, więc odpuściła). W kapuśniaczku oglądamy i
fotografujemy Operę i Hofburg, potem już przestaje padać, więc
jeszcze rundka po Ringu i znów wracamy na Prater. Tu wreszcie
wszystko działa, więc Miki “sprawdza” dwie kolejki górskie,
w tym wymarzony od ósmej klasy podstawówki (!!)
“Boomerang” (fajne, choć w sumie bez rewelacji, aczkolwiek
pierwszy raz w życiu siedziałem w rollercoasterze tyłem do
kierunku jazdy), zjadamy po kebabie, wspólnie robimy
przejażdżkę go-kartami i usatysfakcjonowani wracamy do centrum.
Tam się jeszcze sporo szwendamy, nawet robimy wypad wzdłuż rzeki
na zachód do imponująco się prezentującego wieżowca, który
Miki omyłkowo bierze za nową UNIQA-Tower (okazało się, że to
galeria handlowa i hotel w Donau Turm), pijemy kawę w McDonaldzie i
postanawiamy wpaść do znajomej Mikiemu knajpki na cidera. Knajpki
jednak nie udaje się odnaleźć (chyba przestała istnieć), ale w
końcu trafiamy na
“Guiness Pub” i tam – w zdecydowanie
anglojęzycznym otoczeniu – sączymy 0,5l Strongbowa za 4,70 EUR
(!!). Wreszcie zaczyna się ściemniać, więc wsiadamy na siodełka
i – dość mocno błądząc bo Miki postanowił jechać “na
czuja” i to się zemściło – wracamy w końcu po 21 na kemping.
Kolacja, mycie i lulu.
Pobudka
o siódmej, bo zdecydowaliśmy, że chcemy jeszcze dziś
skoczyć do centrum zobaczyć prawdziwy “Hundertwasserhaus”, mycie,
jedzenie, pakowanie, zwijanie (suchego!) namiotu, porzucenie rzeczy w
recepcji i jedziemy.
Rzeczony
Haus ciekawy, ale z nóg nie zwala i po obfotografowaniu i
kebabie u znajomych Turków na Praterze wracamy jak strzelił
na kemping. Tam ubieramy rowery i o 14:15 ruszamy w znajomą drogę
powrotną. Zahaczamy jeszcze o Spar, gdzie – w przewidywaniu
dłuuugiej nocy – kupujemy za resztkę euro trzy “nibyredbulle”
i już znajome ulice, wały. Mamy silny wiatr mniej-więcej w plecy,
więc pędzimy 25-28 km/h :) Krótki postój w znajomej
knajpce w Schönau (zaczyna kropić) i jak najszybciej gnamy
dalej, żeby uciec przed deszczem, ewidentnie nas goniącym z
zachodu. Najnudniejszy odcinek świata przelatujemy z jednym postojem
i średnią dobrze ponad 20 km/h, potem już most, Hainburg, ścinamy
“kolanka” i granica. Cały ten odcinek (lekko ponad 60 km) w 3,5
godziny :)
Na
granicy jakby się przeciera, ale nie marudząc jedziemy dalej
ścieżką rowerową, która nas jednak wyprowadza na manowce,
bo w okolice mostu autostradowego właściwie poza miastem. Wracamy
więc klnąc i przebijamy się znaną już drogą ku Petržalce,
gdzie po krótkich poszukiwaniach namierzamy Tesco. Zakupy
obejmują wypasiony obiad złożony z ponad 800g pysznego gulaszu
wołowego na gorąco. Palce lizać! :) Potem jedziemy do znajomej
“Bank+Coffee” na kawę, skąd równo o 22 wychodzimy, bo
zamykają.
Jeszcze fotograficzna rundka po nocnym centrum i na dworzec.
A na dworcu dopiero się zaczyna! Pani w kasie mówi, że w pociągu, którym zdecydowaliśmy się jechać do Žiliny nie ma wagonu bagażowego i że najpewniej nie zgodzą się przewieźć nim rowerów. Mimo to kupujemy bilety do Skalite-Serafinov i – po chwili zastanowienia – jednak bilety bagażowe na rowery na tę samą trasę. Pani co prawda sugerowała, żebyśmy zapłacili w pociągu po 20 Sk, ale przecież... nie mamy gotówki! Dobrze że pomyśleliśmy o tych biletach bagażowych – przydały się później...
Na peron udaje nam się wtaszczyć rowery bez ich rozbierania, więc jesteśmy mobilniejsi i kiedy podstawiają pociąg możemy spokojnie go zlustrować. Z tyłu ma kilka kuszetek, więc tam wstawienie rowerów odpada. Idziemy do przodu, a tam na samym czele... pierwsza klasa! No tragedia! Trudno, konduktora nie widać, to pakujemy rowery na przedni pomost (już bez sakw), wnosimy resztę majdanu i przy rowerach na korytarzu czekamy co się wydarzy i czy nas aby nie wyrzucą... O dziwo nic się nie wydarza i kiedy pociąg rusza oddychamy z lekką ulgą. Ale oczywiście, do Žiliny daleko...
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |