Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 13.
3 sierpnia (czwartek)
Bratysława – Wiedeń, 73 km

Na kemping w Zlatych PieskachW nocy ktoś imprezował i nawet nas obudził, jak mieliśmy wrażenie, nad ranem, ale potem jeszcze dosypialiśmy chyba dość długo, bo ze wstaniem nie było większych problemów. Szczególnie zmotywowany był Miki, bo jakoś ciągnęło go do tego Wiednia po nieudanej próbie dotarcia tam podczas poprzedniej wyprawy z Maćkiem, 9 lat temu (wtedy przeszkodziła pogoda). Zatem zerwaliśmy się o siódmej, chcemy przystąpić do mycia, a tu... nie ma w przedsionku namiotu Mikiego kosmetyczki! Szukamy cierpliwie w namiocie, wokół namiotu, w sakwach, wreszcie w łazience, gdzie każde z nas było wczoraj wieczorem (choć tam akurat w sumie bez sensu, bo dokładnie pamiętaliśmy stawianie jej w przedsionku namiotu TUŻ przed pójściem spać!). No wcięło! Ktoś jak nic stwierdził, że mu się przydadzą: szczoteczki i resztka pasty do zębów, płyn do soczewek kontaktowych i jedna ich (używana) para, lusterko, maszynka do golenia, resztka dezodorantu i kilka prezerwatyw. W sumie strata niewielka, ale: zębów nie możemy umyć, a Miki odtąd nie może już do końca wyjazdu zdjąć soczewek (brak płynu), no i zanosi się, że będzie śmierdział ;) Zatem okrojone do twarzy mycie, śniadanie na stoliku przed namiotem w pokropującym niekiedy deszczu, pakowanie i naprzód do Tesco po uzupełnienie “zguby”.

Wydawszy kilkaset koron, Miki zdołał kupić: dwie szczoteczki, dezodorant i prezerwatywy. Drugą resztkę pasty mieliśmy na szczęście gdzie indziej, a bez pozostałych rzeczy trzeba się będzie jakoś obejść. Jeszcze kupiliśmy trochę żarcia w przewidywaniu, że w Austrii będzie drożej i ruszamy.

Miki nie najszczęśliwiej dobrał trasę przez miasto, bo wypadła bardzo ruchliwymi ulicami i Magda najadła się przez to nieco strachu, ale jakoś dobrnęliśmy do ścieżki rowerowej prowadzącej pod Mostem SNP i stamtąd dalej ścieżką do autostrady na Petržalce. Przeciąwszy ją, widzimy drogowskaz “Wien 64 km” i trochę nas przygięło, bo sądziliśmy, że będzie ok. 40. Po chwili już byliśmy przy przejściu granicznym. Odprawa ultrakrótka (rzut oka na dowody) i jesteśmy przy austriackim punkcie informacyjnym, gdzie dowiadujemy się, że ścieżka rowerowa do Wiednia zaczyna się 100 m stamtąd. I że wiedzie w większości nad Dunajem. W to nam graj! A jeszcze jak pani powiedziała, że jest doskonale oznakowana i bez mapy trafimy na bank, to już rewelacja! Rzeczywiście, za chwilę mapka ścieżek w okolicy (około pięciu tematycznych “tur”!) i drogowskaz “Wien 32 km” Zatkało nas. Czyżby Bundestrasse szła takim łukiem, że dwukrotnie nadkłada drogi?

Ruszamy więc, na razie asfaltem wzdłuż szosy Znak na ścieżce rowerowej(ale oddzielonym pasem zieleni), ale już parę kilometrów dalej, w Wolfsthal, ścieżka odbija w prawo, w kierunku rzeki. Dobra nasza, myślimy. Po kilometrze przez pola w lewo i za kilometr znów w lewo aż znowu jesteśmy przy szosie. No trudno, wracając “zetniemy” to “kolanko”. Dalej znów wzdłuż szosy do Hainburga (tuż przed nim jeszcze jedno “kolanko”, ale mniejsze). Tam bocznymi ulicami docieramy do rzeki, gdzie przystajemy na chwilę z zamiarem napicia się w knajpce kawy, ale odstraszają nas ceny dań (kawy w karcie nie ma) i trochę zbyt elegancki wygląd restauracji “Goldener Anker”. Tam też chwilowo wyprzedza nas ewidentnie rumuński statek wycieczkowy “Steaua Deltei”, ale pod austriacką flagą. Ki diabeł? Potem widzieliśmy jeszcze analogiczny z Serbii, ale nie udało nam się bezspornie rozszyfrować, czemu oba były pod banderą austriacką.

Dalej wzdłuż odnogi Dunaju docieramy przez pola do mostu przed Bad-Deutsch-Altenburgiem. Ścieżka rowerowa wyprowadza na most, gdzie prowadzi wąskim chodnikiem za barierką, a że wchrzaniliśmy się pod prąd, więc przejechanie 2 km mostu zajmuje nam nieco przydługo, bo co chwilę wymijamy rowerzystów z naprzeciwka i ktoś z nas – ze względu na wąskość chodnika – musi się zatrzymywać. Pod koniec okazuje się jednak, że dobrze, że nie pojechaliśmy drugą stroną szosy, bo w dalszej części mostu był remont nawierzchni i chyba nie udałoby nam się przejechać. Zjazd z mostu i już jesteśmy na lewym brzegu, gdzie ścieżka prowadzi już niestety szutrową drogą do Stopfenreuth. Tu mijamy coś wyglądającego na kemping, ale nawet nie zaglądamy, tylko jedziemy dalej. Drogowskaz “Wien 52,5 km” - wyszło szydło z worka...

Następny odcinek ścieżki to najnudniejsze 21 km w naszym życiu. Zdecydowanie więcej tu już o nimZnak na ścieżce rowerowej napisaliśmy, niż się na nim działo. Po prostu ścieżka szła marnej jakości asfaltem, a czasami szutrem, na zwieńczeniu wału przeciwpowodziowego, prosto jak strzała, a po obu stronach drzewa i czasem prześwitujące między nimi starorzecze. Poważanie, NIC więcej przez 21 km!! No, może oprócz zakazu ruchu rowerów :p Podczas postoju Miki wyciągnął więc radio i trochę go słuchaliśmy jadąc, ale niedługo, bo zaczął najpierw siąpić, a potem padać deszcz, więc trza było schować. Jednak zanim w tym celu się zatrzymaliśmy, byliśmy już nieco zmoczeni i zdecydowaliśmy, że nie ma sensu zakładać peleryn, bo i tak już jesteśmy mokrzy. Założyliśmy więc tylko ochronny pokrowiec na Magdy sakwy. Błąd! Podczas dalszej drogi tym cholernym niekończącym się wałem, który ciągnął się aż do Schönau przemokliśmy już całkiem konkretnie. Kiedy wreszcie nasze “modły” zostały wysłuchane i pojawił się najpierw zakręt (!!), a potem na horyzoncie coś innego niż cholerne drzewa lub łąki, przesiąknięci, ale jeszcze nie ociekający wylądowaliśmy w ogródku knajpki “Hermi's Radlertreffpunkt” tuż przy wale. Chcieliśmy już koniecznie napić się kawy, ale oczywiście nie można było płacić kartą, a u nas gotówki całe 30 eurocentów, więc pod daszkiem zjedliśmy tylko po dwie słodkie minibułki z makiem i – znów nie zakładając peleryn! – w dalszą drogę. Nadal padało, ale mieliśmy to już generalnie gdzieś.

W Schönau droga – wreszcie – opuszczała wał i wracała w lewo ku rzece (drogowskaz “Wien 32 km” - znowu??!). Nie doszła jednak do niej, bo skręciła w prawo wzdłuż kolejnego wału (Dunaju nadal nie było widać zza gęstego lasu) i tak sobie szła przez kolejne kilkanaście kilometrów marnego asfaltu, a my wzdłużA tak wyglądają ścieżki rowerowe w Austrii... niej napotykając już jednak co jakiś czas jakąś odmianę krajobrazu już to w postaci zestawu stacjonarnego “jezus”, już to – nieco później – drogowskazu opisującego kolejne odchodzące w bok ścieżki jako “Löbau”. Deszcz natomiast w tym czasie lał już jak z cebra, a my ociekając jak niewyciśnięte gąbki mieliśmy totalnie wszystkiego dość i niemal bezrozumnie parliśmy na pedały, żeby wreszcie znaleźć się w tym – tyleż teraz upragnionym, co znienawidzonym – Wiedniu. Po kolejnych kilku kilometrach wreszcie udało nam się wyjrzeć zza wału, lekko poniżej którego jechaliśmy i zobaczyliśmy jakieś zakłady przemysłowe. Cóż za odmiana! Za kilka chwil pojawiła się ulica prowadząca wśród rafinerii (Shell, OMV), a potem drogowskaz “Wien Zentrum 10 km”. Lało nadal, więc jak te zmokłe kury dowlekliśmy się do jakiejś główniejszej “Rafineriestrasse” (czy jakoś tak) i tam spytaliśmy kierowcę autobusu na pętli, jak dojechać do kempingu “Neue Donau”. Do pierwszego skrzyżowania, powiedział, to jest około 4 km (!!), a tam w prawo i za chwilę będzie kemping. Matko, nareszcie!

Ulica ciągnęła się niemiłosiernie i faktycznie dopiero po jakichś 4 km było skrzyżowanie z tablicą dumnie obwieszczającą kemping. Jeszcze jakieś 100 metrów pod górę i już (!) jesteśmy u bram raju. Daszek! Recepcja! CIEPŁO!

Kiedy Pani poprosiła, żebym wypełnił kartę pobytu, stwierdziłem, że to niemożliwe. Spojrzała zdziwiona. Pokazałem jej, jak ociekamy, więc pozwoliła nam się rozbić, wysuszyć i przyjść później. W ciągłym deszczu rozkładamy namiot na samym końcu kempingu (dobre 500m od recepcji!), rozbieramy rowery i zrzuciwszy najbardziej ociekające rzeczy (tj. te grubsze, które wchłonęły najwięcej wody, bo totalnie przemoczone było i tak dokładnie wszystko, co mieliśmy na sobie) wpełzamy do środka. Tam się rozbieramy, wycieramy, ubieramy w rzeczy z sakw – co ciekawe, te z sakw Mikiego (nieosłoniętych) były suchsze niż te z sakw Magdy (osłoniętych, ale fakt że nie na całej wysokości – dolne części były narażone na wodę ściekającą z pokrowca)! i ładujemy w wilgotne miejscami śpiwory. Po jakiejś półtorej godzinie i krótkiej drzemce (wciąż pada) nieco odżywamy i gotujemy kawę. Bez mleka, ale na szczęście z cukrem. Gorąca, pyszna! Wreszcie nakładamy peleryny i idziemy zapłacić. Znajdujemy też pralnię wraz z bębnową suszarką, więc rozwieszamy tam nasze rzeczy (na suszarkę niestety nie mamy monety 50 centów!). Kemping za dwie noce kosztuje nas EUR 37,60. Shit!

Jeszcze minizakupy na stacji benzynowej tuż obok (mleko! czekolada! płatność kartą!), kolacja w kempingowej kuchni, słuchamy pani recepcjonistki odradzającej nam wyprawę do centrum w taką pogodę (nadal pada i już się ściemnia, a do centrum jest jej zdaniem 10 km) i wreszcie można iść spać (choć Miki średnio komfortowo, bo – mądra głowa – wziął ze sobą tylko jedną parę długich spodni i jedną bluzę z długim rękawem, więc śpi w mokrych rzeczach, żeby wyschły, bo w pralni jest nazbyt wilgotno, żeby była na to realna szansa). To był chyba najdłuższy dzień na tej wyprawie...

Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna