![]() |
Spaliśmy
jak dzieci do siódmej, potem niemal bez śniadania (po 2
suchary z czekoladą, bo brak pieczywa) i bez mycia, wyjechaliśmy
już zaraz po 10 (!!?). Przez cały wyjazd zresztą zastanawiamy się
jak nam ten poranny czas ucieka. Czy po powrocie do Łodzi będziemy
zdążać rano do pracy? ;)
Droga
wiodła przez fragment Pohoreli (reszta była w bok od szosy, ale przy
szosie był fajny i nietypowy zegar słoneczny zamontoewany na ścianie
buydynku), Hel’pe
(gdzie pod Jednotą- Coop’em zjedliśmy pyszne śniadanie) i inne
dość ciągnące się wioski ku Breznu. My też zresztą się
ciągnęliśmy, bo byliśmy jacyś rozespani, niewyraźni i
zdecydowanie niechętni jeździe. Na nogi podstawiły nas dopiero:
najpierw kawa na rynku w Breźnie (uroczy!), a potem napój
energetyczny z Lidla gdzie kupiliśmy też colddogi czyli rožky
(podłużne bułki – „paluchy”) i parky (parówki) ze
słoika, które to colddogi jednakowoż zjedliśmy później.
Dalsza droga szła nam już sprawniej, zwłaszcza że było wciąż z
góry, a przeciwny wiatr nie był zbyt silny. Cięliśmy równo
24-25 km/h i zatrzymało nas dopiero siku, podczas którego
lekko pokropiło ;)
Po kolejnych kilku kilometrach z drogi zgonił nas trochę poważniejszy deszcz i przetrzymał nas jakieś 30 minut pod drzewem (colddogi). Zresztą dobrze się stało, że mieliśmy czas do namysłu, bo ten odcinek szosy był opatrzony zakazem ruchu rowerów, więc po deszczu cofnęliśmy się i pojechaliśmy boczną – jak pan inżynier przykazał (zjazd z szosy na Lučatin). Nawet podwójnie dobrze się stało, bo po drodze napotkaliśmy i obfotografowaliśmy bardzo ładny zamek w Slovenskiej Lupce. Ta droga, w przeciwieństwie do głównej, falowała, więc nieco wolniej, ale wciąż żwawo podążaliśmy ku BB. Na przedmieściach tejże byliśmy po 17 i od razu udało nam się dostać benzynę ekstrakcyjną (technicky benzin) na stacji Shell.
Usatysfakcjonowani nadspodziewanie łatwym sukcesem udaliśmy się więc na miacho, gdzie od razu dowiedzieliśmy się, że LPR to zera. Niby nic nowego, a jak miło przeczytać ;) Miacho ładne, pochyłe, rynek uroczy – z zakazem ruchu nawet rowerów, lody niezłe (Magda mówi, że zgoła dobre). Potem wpadliśmy na pomysł, aby poszukać informacji turystycznej, ale była już zamknięta. Napotkany lokals powiedział nam, ze kemping w BB już nie funguje (potem taksówkarz twierdził, że owszem, ale nie można się rozbijać) ale jest inny, w Tajovie czyli ... 7 km pod górę. Szlag nas trafił. Ale cóż było robić – zakupy w Lidlu i heja…
Ściemniało się już, kiedy resztką sił wprowadzaliśmy rowery pod ostatnią, bardzo solidną choć na szczęście króciutką górkę. Wreszcie jest: kemping „dwugwiazdkowy” za 340 SK (2 osoby + namiot) z twardą kamienistą glebą(!) i płaczącym żywicą drzewem, o które Miki niefortunnie oparł rower. Na szczęście kupiliśmy byli benzynę, więc rano było co robić, a póki co ciepły (!) prysznic, kolacja i spać. To było kolejny długi dzień.
Rano, poza praniem windstoppera i siodełka benzyną z żywicy, oraz lekko siąpiącym deszczem, właściwie standard, ale z powodu deszczu, wyjazd dopiero o 11.30 z wilgotnym namiotem, ale za to w pirackich nastrojach. Szybki zjazd do Lidla na drugie śniadanie (colddogi) i lekko okrężną drogą jedziemy na dworzec z planem sprawdzenia pociągów i dalszej jazdy rowerami do Zvolenia, skąd pociągiem do Bratysławy. Okazało się jednak, że pociąg mamy albo za godzinę, albo dopiero wieczorem, więc robimy tylko szybką rundkę po mieście ze szczególnym uwzględnieniem ruskich armat i czołgów przed muzeum w kształcie rozpołowionego grzyba i wsiadamy w pociąg osobowy do Zvolenia (godz. 14.56 ze stacji BB Mesto). Łatwo powiedzieć "osobowy". Toż to prawdziwa rekieta!
Rakieta wyleciała jednak z 20 minutowym opóźnieniem, więc w Zvoleniu mamy nerwową przesiadkę na pośpieszny do Bratysławy połączoną z dyskusją z panami z SOK-istami którym Miki z niewinnym uśmiechem mówi, że „tak, oczywiście wnieśliśmy rowery po schodach zamiast przejeżdżać między peronami”. W sumie prawie prawda, bo nie przejeżdżaliśmy tylko pędziliśmy ;) Pouczyli nas jeszcze, żeby nie jeździć po peronie, my ze skruchą, że to z powodu pośpiechu i pociąg ruszył.
Podróż
do Bratysławy trwała 3 godziny (320 Sk/os). Na miejscu byliśmy
przed 19, krótka rundka po starym mieście (wszystko oprócz
knajpek pozamykane) i jedziemy do znanego z poprzedniej wyprawy
akademika na Račiańskiej. Cena tak samo jak poprzednio powala
(wtedy kosztował w przeliczeniu 4 zł za noc!), tylko tym razem w
drugą stronę – 290 Sk. Zwijamy się więc do Zlatych Piesków.
Jesteśmy tam przed godz. 22 – cena 315 Sk (2 os plus namiot).
Wybieramy jedno z kijowych miejsc pod namiot (nierówno i
twardo) i lekko po godz. 23 lulu...
Tesco w Zlatych Pieskach, Stare miasto, kawa w „Bank+Coffee” na Venturskiej (52 Sk duża pyszna latte w kubku), obiad w „A-Klub” na Panskiej (menu dnia: 109 Sk), hrad, pomnik radzieckiego zwycięstwa (zwany „Slavin”), dworzec – sprawdzenie pociągów powrotnych, kawa, bezpłatny Internet w punkcie informacji miejskiej, podwieczorek w Tesco i zjazd na kemping.
Mycie, kolacja i spać.
|
|
|
|
|
|
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |