Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 10.
31 lipca (poniedziałek)
Pohorelska Maša – Banska Bystrica (Tajov), 90 km

Zegar słoneczny w PohoreliSpaliśmy jak dzieci do siódmej, potem niemal bez śniadania (po 2 suchary z czekoladą, bo brak pieczywa) i bez mycia, wyjechaliśmy już zaraz po 10 (!!?). Przez cały wyjazd zresztą zastanawiamy się jak nam ten poranny czas ucieka. Czy po powrocie do Łodzi będziemy zdążać rano do pracy? ;)

Droga wiodła przez fragment Pohoreli (reszta była w bok od szosy, ale przy szosie był fajny i nietypowy zegar słoneczny zamontoewany na ścianie buydynku), Hel’pe (gdzie pod Jednotą- Coop’em zjedliśmy pyszne śniadanie) i inne dość ciągnące się wioski ku Breznu. My też zresztą się ciągnęliśmy, bo byliśmy jacyś rozespani, niewyraźni i zdecydowanie niechętni jeździe. Na nogi podstawiły nas dopiero: najpierw kawa na rynku w Breźnie (uroczy!), a potem napój energetyczny z Lidla gdzie kupiliśmy też colddogi czyli rožky (podłużne bułki – „paluchy”) i parky (parówki) ze słoika, które to colddogi jednakowoż zjedliśmy później. Dalsza droga szła nam już sprawniej, zwłaszcza że było wciąż z góry, a przeciwny wiatr nieRynek w Breznie był zbyt silny. Cięliśmy równo 24-25 km/h i zatrzymało nas dopiero siku, podczas którego lekko pokropiło ;) 

Po kolejnych kilku kilometrach z drogi zgonił nas trochę poważniejszy deszcz i przetrzymał nas jakieś 30 minut pod drzewem (colddogi). Zresztą dobrze się stało, że mieliśmy czas do namysłu, bo ten odcinek szosy był opatrzony zakazem ruchu rowerów, więc po deszczu cofnęliśmy się i pojechaliśmy boczną – jak pan inżynier przykazał (zjazd z szosy na Lučatin). Nawet podwójnie dobrze się stało, bo po drodze napotkaliśmy i obfotografowaliśmy bardzo ładny zamek w Slovenskiej Lupce. Ta droga, w przeciwieństwie do głównej, falowała, więc nieco wolniej, ale wciąż żwawo podążaliśmy ku BB. Na przedmieściach tejże byliśmy po 17 i od razu udało nam się dostać benzynę ekstrakcyjną (technicky benzin) na stacji Shell.

Usatysfakcjonowani nadspodziewanie łatwym sukcesem udaliśmy się więc na miacho, gdzie od razu dowiedzieliśmy się, że LPR to zera. Niby nic nowego, a jak miło przeczytać ;) Miacho ładne, pochyłe, rynek uroczy – z zakazem ruchu nawet rowerów, lody niezłe (Magda mówi, że zgoła dobre). Potem wpadliśmy na pomysł, aby poszukać informacji turystycznej, ale była już zamknięta. Napotkany lokals powiedział nam, ze kemping w BB już nie funguje (potem taksówkarz twierdził, że owszem, ale nie można się rozbijać) ale jest inny, w Tajovie czyli ... 7 km pod górę. Szlag nas trafił. Ale cóż było robić – zakupy w Lidlu i heja…

Zamek w Slovenskiej Lupce wreszcie się okazało!
Rynek w Bańskiej Bystrzycy Rynek w Bańskiej Bystrzycy
Rynek w Bańskiej Bystrzycy
Kosmiczny grzyb w Bańskiej Bystrzycy Ruski czołg przed Muzeum SNP w Bańskiej Bystrzycy

Ściemniało się już, kiedy resztką sił wprowadzaliśmy rowery pod ostatnią, bardzo solidną choć na szczęście króciutką górkę. Wreszcie jest: kemping „dwugwiazdkowy” za 340 SK (2 osoby + namiot) z twardą kamienistą glebą(!) i płaczącym żywicą drzewem, o które Miki niefortunnie oparł rower. Na szczęście kupiliśmy byli benzynę, więc rano było co robić, a póki co ciepły (!) prysznic, kolacja i spać. To było kolejny długi dzień.

Miki pirat :p

Dzień 11.

1 sierpnia (wtorek)
Banska Bystrzyca – Bratislava, 33 km

Rano, poza praniem windstoppera i siodełka benzyną z żywicy, oraz lekko siąpiącym deszczem, właściwie standard, ale z powodu deszczu, wyjazd dopiero o 11.30 z wilgotnym namiotem, ale za to w pirackich nastrojach. Szybki zjazd do Lidla na drugie śniadanie (colddogi) i lekko okrężną drogą jedziemy na dworzec z planem sprawdzenia pociągów i dalszej jazdy rowerami do Zvolenia, skąd pociągiem do Bratysławy. Okazało się jednak, że pociąg mamy albo za godzinę, albo dopiero wieczorem, więc robimy tylko szybką rundkę po mieście ze szczególnym uwzględnieniem ruskich armat i czołgów przed muzeum w kształcie rozpołowionego grzyba i wsiadamy w pociąg osobowy do Zvolenia (godz. 14.56 ze stacji BB Mesto). Łatwo powiedzieć "osobowy". Toż to prawdziwa rekieta! 

Rakieta wyleciała jednak z 20 minutowym opóźnieniem, więc w Zvoleniu mamy nerwową przesiadkę na pośpieszny do Bratysławy połączoną z dyskusją z panami z SOK-istami którym Miki z niewinnym uśmiechem mówi, że „tak, oczywiście wnieśliśmy rowery po schodach zamiast przejeżdżać między peronami”. W sumie prawie prawda, bo nie przejeżdżaliśmy tylko pędziliśmy ;) Pouczyli nas jeszcze, żeby nie jeździć po peronie, my ze skruchą, że to z powodu pośpiechu i pociąg ruszył.

Pociąg przyszłościPodróż do Bratysławy trwała 3 godziny (320 Sk/os). Na miejscu byliśmy przed 19, krótka rundka po starym mieście (wszystko oprócz knajpek pozamykane) i jedziemy do znanego z poprzedniej wyprawy akademika na Račiańskiej. Cena tak samo jak poprzednio powala (wtedy kosztował w przeliczeniu 4 zł za noc!), tylko tym razem w drugą stronę – 290 Sk. Zwijamy się więc do Zlatych Piesków. Jesteśmy tam przed godz. 22 – cena 315 Sk (2 os plus namiot). Wybieramy jedno z kijowych miejsc pod namiot (nierówno i twardo) i lekko po godz. 23 lulu...

Dzień 12.
2 sierpnia (środa)
Bratislava, 40 km

Tesco w Zlatych Pieskach, Stare miasto, kawa w „Bank+Coffee” na Venturskiej (52 Sk duża pyszna latte w kubku), obiad w „A-Klub” na Panskiej (menu dnia: 109 Sk), hrad, pomnik radzieckiego zwycięstwa (zwany „Slavin”), dworzec – sprawdzenie pociągów powrotnych, kawa, bezpłatny Internet w punkcie informacji miejskiej, podwieczorek w Tesco i zjazd na kemping.

Mycie, kolacja i spać. 

Most SNP ze starego mostu

Most SNP raz jeszcze (ładny skubany jest!)

Pomnik zwycięstwa żołnierzy radzieckich

na rynku w Bratysławie
Słowackie Radio i Filharmonia Narodowa Teatr Narodowy w Bratysławie
 
Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna