![]() |
Wstaliśmy
jak bóg dał (czyli o 7:33) i totalnie na luzie spacerkiem
przez dzień: prysznic, śniadanie, pranie, gazety, paciorek, drugie
śniadanie, gazety, drugi paciorek. W międzyczasie w oddali słychać
było zbliżającą się powoli burzę, która jednakowoż
jakoś nie chciała definitywnie nadejść. W końcu, chcąc nie
chcąc, rankiem świtkiem koło południa zebraliśmy się w góry.
Bramę Parku Narodowego Slovensky Raj (bilety po 40 Sk) minęliśmy o
12:40.
Doliną Sucha Bela po drabinkach, klamrach i łańcuchach przez miniwodospady i inne takie szliśmy w górę tak długo, ze zrobiło się nudno. W samej dolinie zresztą było jeszcze dość spokojnie i przyjemnie, ale na przełęczy powyżej już full ludzi i tak samo cały czas na Glackej Ceste aż do Podleska, gdzie byliśmy tuż przed 16. Po drodze jeszcze minęliśmy liczną grupę Polaków dość spektakularnie kłócących się, czy iść drogą prostą czy okrężną przez Klaštorisko. My nie mieliśmy takich dylematów – to miał być dzień restowy ;)
Halušky w Kolibie i wreszcie zaczęło lać. Od razu z kopyta. Po około godzinie spędzonej w namiocie, kiedy deszcz nieco się uspokoił wymiękliśmy od tego leżenia i poszliśmy na piwo i frytki do pobliskiego ogródka “Topvar”. Na same frytki zresztą czekaliśmy chyba ze trzy kwadranse i bynajmniej nie okazały się tego czekania warte.
Na kolację o 21 sucharki z nutellą, herbatka, paciorek i lulu...
Dzień 9.Budzik
zadzwonił o siódmej, a wstaliśmy o ósmej, bo było
pochmurno i zbierało się na deszcz. A tak naprawdę to nam się nie
chciało :p Przynieśliśmy sobie pod „nasze” drzewko zestaw
stacjonarny typu
„jezus” (czyli zrośnięte dwie ławki i stół
między nimi) i tam, skrapiani niekiedy kapuśniaczkiem
uskuteczniliśmy najważniejszy posiłek dnia, podczas którego
udało nam się porozmawiać z właścicielem intrygującego nas od wczoraj
motocykla na autralijskich tablicach i faktycznie okazało się, że koleś
przyjechał... no nie na motorze, ale z motorem z Antypodów! A
ściślej nadał w Melbourne motor na statek do Barcelony, a sam poleciał
szusopwać w Góracvh skalistych. Po trzech miesiącach odebrał
motor i teraz od pół roku jeździ po Europie z namiotem, wziął
bowiem wolne z pracy! Ech...
Potem było już tylko gorzej...
Zwijanie obozowiska w średnio silnych strugach deszczu zajęło nam do około godziny 11, a potem siedzieliśmy pod daszkiem – najpierw na kempingu, potem w knajpie – do 12.30 kiedy to na dobre opuściła nas nadzieja, że ten deszcz się kiedyś definitywnie skończy (na zmianę padał i przestawał) i zdecydowaliśmy (tzn. Miki zdecydował :p), że ruszamy.
Akurat się lekko przetarło – na tyle, że kiedy znowu zaczęło padać to już byliśmy za daleko aby wrócić (tzn. jakieś 2 km od kempingu ;). Przed strugami deszczu schroniliśmy się w knajpie „Piecky” w Pile, gdzie przy kawie odczekaliśmy około 1 godzinę, ale kiedy o godzinie 13.40 nadal tak samo padało, Miki stwierdził, że to musi być lokalne i kiedy przedrzemy się przez góry, to pogoda się poprawi. Narzuciliśmy więc peleryny, a sakwy Magdy ubraliśmy w worek na plecak i heja!
Przez chwilę było jeszcze w dół, ale już potem cały czas lekko, ale konsekwentnie do góry. Po około połowie podjazdu znów się lekko przetarło i można było (chwilowo?) zdjąć peleryny. Na przełęczy (985 m) zrobiło się nawet jakby ładnie (Miki: wyszło na moje! ), więc pochowaliśmy mokre pokrowce, założyliśmy cieplejsze ubrania do zjazdu i dalejże hajże! Po dwudziestukilku minutach byliśmy pod (nad? ;) Dobšińską Jaskinią Lodową, gdzie komercha straszliwa, dzikość tłumu i w ogóle kicha, ale za to pogoda ładna, no i machnęliśmy po 3 kanapki z pasztetem i czekoladę.
Potem było troszkę falowania i wreszcie dość ostry ale krótki podjazd na Przełęcz Besnik (994 m), skąd po krótkim odpoczynku i przebiórce ruszyliśmy w najdłuższy zjazd tego wyjazdu – Doliną Hronu – kończący się po jakichś… 120 km w Zwoleniu. Lajtowo zatem przez Telgart (znów cygańskie slumsy, ale sami ludzie przynajmniej próbują jakoś pracować, bo sprzedają przy drodze grzyby i jagody), mijając po prawej Šumiač i dalej Valkovnię (ruiny czego tylko się dało i cygańskie slumsy) ku wyczekiwanemu kempingowi w Pohorelskiej Maše.
Wreszcie
w tejże wielka tablica oznajmująca kemping i wyciąg narciarski i w
ogóle szmery-bajery, więc zjeżdżamy z drogi w lewo a tam:
zapuszczona zagroda, blok mieszkalny podobny do szkoły, kolejna
zapuszczona zagroda z jeszcze bardziej zapuszczonym, a przy tym
zardzewiałym kampowozem, na widok którego Miki już się był
ucieszył (ale jednak nici) i wreszcie na poły zrujnowany opuszczony
zakład produkcji (jak się później dowiedzieliśmy od
przesympatycznego pana z rudą suczką marki pseudowyżeł, którą
oczywiście nazwaliśmy Flonidan) wentylatorów i silników,
ale kempingu ni widu ni słychu. Zjeżdżamy więc do knajpki celem
zasięgnięcia języka oraz z nieśmiałą nadzieją zakupienia
chleba, bo dopiero chwilę wcześniej przypomniano nam że jest
niedziela i czynnego sklepu nie uświadczysz. Jest tuż przed 19,
kiedy w knajpce dowiadujemy się, że chleba nie ma, ale za to
kempingu... tez nie ma. Rada w radę pytamy w knajpce czy ktoś
pozwoliłby nam przekimać u siebie w ogrodzie i wtedy okazuje się,
że kemping jest, jeno nieczynny i że tam spokojnie możemy się
rozbić. Kierujemy więc swe koła z powrotem trochę pod górę,
tuż przed mostem na Hornie w prawo kilkadziesiąt metrów po
asfalcie i oczom naszym ukazuje się zamknięta brama, zaciągnięty
łańcuch, zakaz ruchu, płot, dziura w płocie, a za nimi z lekka
zapuszczony, ale wciąż robiący niezłe wrażenie, teren
wypasionego niegdyś kempingu.
Świerszcze cykają niemiłosiernie głośno, więc rozbijamy się możliwie jak najdalej od wysokiej trawy i rozpoczynamy suszenie po porannej zlewie. Szczęściem mamy cały kemping dla siebie, bo po rozłożeniu rzeczy do suszenia okazuje się, że z sześciu zadaszonych stolików zajmujemy... sześć. Gotujemy, jemy... Magda w tym czasie prezentuje swoją schizę pt. „Przyjdzie cała wieś i nam ukradnie rowery”. Na to Miki, ze tutaj każdy ma rower, więc jeśli już to przyjdą po nas lub chociaż naszą kasę. O dziwo to Magdzie nie poprawiło nastroju...
W międzyczasie odwiedzili nas: czterech chłopców na rowerach, pani z dzieckiem oraz pan z uroczą Flonidan o imieniu Nora. Ci pierwsi w ogóle się nami nie zainteresowali, natomiast pan popadł w monolog, z którego zrozumieliśmy że niegdyś wieś była znacznie ludniejsza i nieźle prosperowała, a teraz zakład z wentylatorami upadł i „jest problem”. Pan zresztą o problemie mówił nonstop ale z uśmiechem nieschodzącym z twarzy. W ogóle był bardzo sympatyczny. Powiedział też, że kemping nie działa nie z powodu braku popularności, tylko ponieważ właściciel zmarł i „jest problem”. No i rodzina jego jest liczna i nie potrafi się między sobą dogadać, i „jest problem”. Wreszcie pożegnał nas obiecując że przyjdzie rano zobaczyć, czy wszystko w porządku, czy też może – odpukać – „jest problem”, co z kolei bardzo uspokoiło Magdę ;)
Wreszcie, po dniu pełnym wrażeń przystąpiliśmy do zasłużonego snu, a wcześniej paciorka, który przerwało nam najście pana z panią i latarką, który zaczął otwierać kolejne drzwi od zabudowań kempingu, zamykać się z panią i latarką wewnątrz w celu nieznanym, po czym we trójkę (latarka najpierw) wychodzili i zanikali w kolejnych drzwiach. Ostatecznie, po chmielewsku znudzeni tą zagadką, usnęliśmy.
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |