![]() |
Pobudka
planowo o siódmej, prysznic, śniadanie, pakowanie, suszenie
namiotu z nocnej wilgoci i już była godz. 10 (!!). W Tesco w
Rožňiavie (apteka, bo Miki nabawił się jakiejś uczuleniowej
wysypki na kolanach) byliśmy o 10:30, wyjazd o 11. Przez Betliar i
Gemerską Polomę płasko, potem stopniowo coraz ostrzej pod górę
na przeł. Sulova (910 m). Stamtąd zjazd do Hnilca i znowu pałowanie
do góry na przeł. 1165 m (nasz osobisty rekord wysokości
zdobytej na siodełkach). Dalej 16 km (!!) zjazdu do Spišskej Novej
Vsi. Tamże nic ciekawego,
rzeczywiście (niemal) wieś. Potem już krańcowo zmęczeni falujemy
do Levočy ciastka i batonik w Billi i jeszcze 4 km na kemping w
pięknie wciętej w Levočske Vrchy dolinie. Teren połogi, ale
powinno dać się spać. Levoča od strony kempingu wygląda pięknie
w promieniach zachodzącego słońca! To
był kolejny długi dzień, więc tym razem opis krótki :p
Pobudka o siódmej, ale nic nam to nie dało, bo znów wyjechaliśmy o dziesiątej. Dlaczego to tyle trwa? I to bez paciorka?!
Najpierw
zwiedziliśmy Levočę, dobrze zachowane mury starego miasta, ładny
rynek z europejsko prezentującym się ratuszem (flagi UE, Słowacji
i prawdopodobnie Levočy), potencjalnie fajny kościół
gotycki ze słynnym ołtarzem Mistrza Pawła, ale nie chciało nam
się płacić za wstęp (nawet nie sprawdziliśmy ile) oraz kościół
luterański, “dla którego surowego wnętrza nawet nie warto
starać się o (wypłowiałe zapewne :p) klucze” (niezawodny z
zniechęcaniu Pascal). Drugie śniadanie w Billi, jeszcze raz
przejazd przez miasto celem uniknięcia męczącego podjazdu główną
szosą (na starym mieście podjazd okazał się jeszcze bardziej
męczący) i ruszamy w kierunku na Prešov.
Na
początek kolejny podjazd (zaczynamy mieć ich już serdecznie dość
– czy te słowackie miasta nawet jak leżą na wzgórzu, to i
tak w dolinie?!), ale wynagrodził nam to dłuuugi zjazd (Miki po raz
drugi na tym wyjeździe przekracza 60 km/h). Później był
Spišsky Hrchov, gdzie wypiliśmy zimną colę i kupiliśmy ćwierć
kilo pysznej bryndzy za 50 Sk. Tam też, otoczony parkiem,
neobarokowy pałacyk, a na otwartej na oścież bramie do parku napis
po słowacku “POPRAWCZAK” (!).
Falując
sobie dalej ku wschodowi raz po raz mamy okazję oglądać imponujące
ruiny Spišskiego Hradu, które wyłaniają się w coraz to
bliższej odległości. Może warto dodać (ale tylko dla miłośników
topografii :p), że droga, którą się poruszamy (nr 18,
Košice – co najmniej Brno, bo mijamy właśnie jej 630. kilometr)
jest straszliwie ruchliwa i jazda nią jest właściwie męczarnią.
Na dodatek Magdzie znów spada łańcuch, na szczęście tylko
raz (Magda: sama go założyłam!! :D)
Po 11 upiornych kilometrach tą drogą odbijamy na południowy wschód w kierunku na Spišske Podhradie. Przy wjeździe do miasteczka po prawej open air impreza z puszczanym z playbacku polskim didżejem zachwalającym karnawał 2000. Po lewej zaś przeurocze “miasteczko w miasteczku” - Spišska Kapitula – otoczone murem budynki dawnego kolegium jezuitów, wraz z kolegiatą, gimnazjum, wieżą zegarową itp. Podziwiamy ją chwilę i zjeżdżamy do centrum w kierunku dumnie piętrzącego się na kolejnym wzgórzu zamku.
Zamek
okazał się nie do zdobycia nie tylko dla hord tatarskich, ale i dla
nas. Najpierw długo hamowały nas przeszkody terenowe w postaci
bardzo stromej i zarośniętej ścieżki, a potem – gdy już
totalnie wykończeni jednak pokonaliśmy ten najtrudniejszy na naszej
wyprawie “podjazd” - skutecznie zatrzymała nas opłata za wstęp
– 100 Sk od osoby. Pascal zresztą twierdzi (a jakże!), że zamek
i tak lepiej wygląda od zewnątrz niż od środka, a miary dopełniła
godzina – była już 15:30, a przed nami szmat drogi.
Częściowo sprowadzając rowery, a częściowo zjeżdżając z zamkowej góry trochę lepszą - “oficjalną” - ścieżką docieramy do asfaltu, gdzie okazuje się, że Mikiemu po tych cholernych chaszczach coś strasznie stuka w tylnym kole i że póki co nie możemy zdiagnozować, co to. Mając nadzieję, że w trakcie jazdy samo ustąpi (to coś się “wykruszy”) ruszamy ku Spišskim Vlachom mijając po drodze kolejne osiedle cygańskich slumsów – wyjęte jak żywcem z krajów trzeciego świata. Dla lokalsów stanowimy zresztą nie lada atrakcję, w ramach której jeden chłopczyk ściga się z Mikim przez chwilę na swoim rowerku, a inny nawet obsypuje Magdę garścią piachu. Zapewne z braku chleba i soli :p
We
Vlachach drogowskaz “Spišska Nova Ves 22 km” trochę nas
załamuje, więc zarzucamy po kawie i kanapie (w sumie 96 Sk) w
knajpce z sympatycznym barmanem na ryneczku. Jeszcze tankowanie
bidonów i w drogę. Tym razem mamy wiatr w plecy, ale w kość
dają nam częste, dość ostre i długie na 0,5 – 1 km podjazdy
powtarzające się z denerwującą regularnością. Jakiś
planista-nowator poprowadził bowiem drogę w poprzek dolin. Wreszcie
w Jamniku (!) pokrzepiamy się napojem Citron z miejscowej Jednoty i
już trochę łatwiejszym terenem poginamy do Spišskiej Novej Vsi.
Tę
mijamy obwodnicą od północy, której zresztą nie ma
na mapie. Natomiast na przystanku autobusowym na tejże spotykamy
kociaka tak wychudzonego i dzikiego, że zjada nam pól suchej
bułki, aczkolwiek broń boże nie z ręki. Zostawiamy mu
rozdrobnione drugie pół i ruszamy dalej na zachód z
coraz silniejszym wiatrem. W ogóle robi się burzowo. Za to po
prawej świetnie widoczne Tatry.
Wkrótce
trafiamy na przejazd kolejowy i – tłumacząc się sami przed sobą
nadchodzącą burzą i zmęczeniem – z lekkim poczuciem winy cofamy
się wzdłuż torów do stacji kolejowej (na tym odcinku wiatr
w ryj, już całkiem nieprzyjemny), mając nadzieję, że jeszcze
złapiemy jakiś pociąg do Vydrnika (jest tuż przed godz. 19).
Pociąg rzeczywiście ma być o 19:19, więc załatwiając bankomat
(pobieramy 3.500 SK, potem się okazało, że ideałem byłoby
kolejne 4.000) kupujemy szybko bilety w okienku z reklamą “Cestujte
s brontozaurom!” (76 Sk w sumie) i z wielkim mozołem ładujemy
ubrane rowery do vlaka.
Po kwadransie drogi z pięknymi widokami na Tatry oraz po niewielkiej słownej utarczce z chłopakiem, który uparł się, żeby przejść obok naszych rowerów do następnego wagonu, mimo iż ten był prawie pusty, podziwiając płonące w zachodzącym słońcu Tatry, jesteśmy w Vydrniku na peronie ze zdekapitowanym przez pociąg, opuchniętym od upału do ponaddwukrotnego rozmiaru i śmierdzącym jak nieszczęście, rozkładającym się kotem. Stąd jeszcze jakieś 4 km przez Hrabušice do kempingu w Podlesku (165 Sk za noc / 2 os plus namiot). Jeszcze bardzo smaczne bryndzowe halušky ze skwarkami (so slaninou) w niezbyt skądinąd przyjemnej restauracji Koliba, rozbicie namiotu, paciorek i spaaaaaać...
Nie nastawiamy budzika – jutro dzień restowy.
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |