Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 6.
27 lipca (czwartek)
Krasnohorske Podhradie – Levoča, 80 km

Pobudka planowo o siódmej, prysznic, śniadanie, pakowanie, suszenie namiotu z nocnej wilgocizjazd z przełęczy - 112%! i już była godz. 10 (!!). W Tesco w Rožňiavie (apteka, bo Miki nabawił się jakiejś uczuleniowej wysypki na kolanach) byliśmy o 10:30, wyjazd o 11. Przez Betliar i Gemerską Polomę płasko, potem stopniowo coraz ostrzej pod górę na przeł. Sulova (910 m). Stamtąd zjazd do Hnilca i znowu pałowanie do góry na przeł. 1165 m (nasz osobisty rekord wysokości zdobytej na siodełkach). Dalej 16 km (!!) zjazdu do Spišskej Novej Vsi. Tamże nic ciekawego, rzeczywiście (niemal) wieś. Potem już krańcowo zmęczeni falujemy do Levočy ciastka i batonik w Billi i jeszcze 4 km na kemping w pięknie wciętej w Levočske Vrchy dolinie. Teren połogi, ale powinno dać się spać. Levoča od strony kempingu wygląda pięknie w promieniach zachodzącego słońca! To był kolejny długi dzień, więc tym razem opis krótki :p

Mury miejskie w Levocy
Dzień 7. 
28 lipca (piątek) 
Levoča – Spišky Hrad, Hrabušice (Podlesok), 63 km

Pobudka o siódmej, ale nic nam to nie dało, bo znów wyjechaliśmy o dziesiątej. Dlaczego to tyle trwa? I to bez paciorka?!

Najpierw zwiedziliśmy Levočę, dobrze zachowane mury starego miasta, ładny rynek z europejsko prezentującym się ratuszem (flagi mury miejskie w LevocyUE, Słowacji i prawdopodobnie Levočy), potencjalnie fajny kościół gotycki ze słynnym ołtarzem Mistrza Pawła, ale nie chciało nam się płacić za wstęp (nawet nie sprawdziliśmy ile) oraz kościół luterański, “dla którego surowego wnętrza nawet nie warto starać się o (wypłowiałe zapewne :p) klucze” (niezawodny z zniechęcaniu Pascal). Drugie śniadanie w Billi, jeszcze raz przejazd przez miasto celem uniknięcia męczącego podjazdu główną szosą (na starym mieście podjazd okazał się jeszcze bardziej męczący) i ruszamy w kierunku na Prešov.

Na początek kolejny podjazd (zaczynamy mieć ich już serdecznie dość – czy te słowackie miasta nawetSpiski Hrad jak leżą na wzgórzu, to i tak w dolinie?!), ale wynagrodził nam to dłuuugi zjazd (Miki po raz drugi na tym wyjeździe przekracza 60 km/h). Później był Spišsky Hrchov, gdzie wypiliśmy zimną colę i kupiliśmy ćwierć kilo pysznej bryndzy za 50 Sk. Tam też, otoczony parkiem, neobarokowy pałacyk, a na otwartej na oścież bramie do parku napis po słowacku “POPRAWCZAK” (!).

Falując sobie dalej ku wschodowi raz po raz mamy okazję oglądać imponujące ruiny Spišskiego Hradu, które wyłaniają się w coraz to bliższej odległości. Może warto dodać (ale tylko dla miłośników topografii :p), że droga, którą się poruszamy (nr 18, Košice – co najmniej Brno, bo mijamy właśnie jej 630. kilometr) jest straszliwie ruchliwa i jazda nią jest właściwie męczarnią. Na dodatek Magdzie znów spada łańcuch, na szczęście tylko raz (Magda: sama go założyłam!! :D)Spiskie Podhradie ze wzgórza zamkowego

Po 11 upiornych kilometrach tą drogą odbijamy na południowy wschód w kierunku na Spišske Podhradie. Przy wjeździe do miasteczka po prawej open air impreza z puszczanym z playbacku polskim didżejem zachwalającym karnawał 2000. Po lewej zaś przeurocze “miasteczko w miasteczku” - Spišska Kapitula – otoczone murem budynki dawnego kolegium jezuitów, wraz z kolegiatą, gimnazjum, wieżą zegarową itp. Podziwiamy ją chwilę i zjeżdżamy do centrum w kierunku dumnie piętrzącego się na kolejnym wzgórzu zamku.

Zamek okazał się nie do zdobycia nie tylko dla hord tatarskich, ale i dla nas. Najpierw długo hamowały nasSpiski Hrad - zamek górny przeszkody terenowe w postaci bardzo stromej i zarośniętej ścieżki, a potem – gdy już totalnie wykończeni jednak pokonaliśmy ten najtrudniejszy na naszej wyprawie “podjazd” - skutecznie zatrzymała nas opłata za wstęp – 100 Sk od osoby. Pascal zresztą twierdzi (a jakże!), że zamek i tak lepiej wygląda od zewnątrz niż od środka, a miary dopełniła godzina – była już 15:30, a przed nami szmat drogi.

Częściowo sprowadzając rowery, a częściowo zjeżdżając z zamkowej góry trochę lepszą - “oficjalną” - ścieżką docieramy do asfaltu, gdzie okazuje się, że Mikiemu po tych cholernych chaszczach coś strasznie stuka w tylnym kole i że póki co nie możemy zdiagnozować, co to. Mając nadzieję, że w trakcie jazdy samo ustąpi (to coś się “wykruszy”) ruszamy ku Spišskim Vlachom mijając po drodze kolejne osiedle cygańskich slumsów – wyjęte jak żywcem z krajów trzeciego świata. Dla lokalsów stanowimy zresztą nie lada atrakcję, w ramach której jeden chłopczyk ściga się z Mikim przez chwilę na swoim rowerku, a inny nawet obsypuje Magdę garścią piachu. Zapewne z braku chleba i soli :p

We Vlachach drogowskaz “Spišska Nova Ves 22 km” trochę nas załamuje, więc zarzucamy po kawie iWieś Jamnik kanapie (w sumie 96 Sk) w knajpce z sympatycznym barmanem na ryneczku. Jeszcze tankowanie bidonów i w drogę. Tym razem mamy wiatr w plecy, ale w kość dają nam częste, dość ostre i długie na 0,5 – 1 km podjazdy powtarzające się z denerwującą regularnością. Jakiś planista-nowator poprowadził bowiem drogę w poprzek dolin. Wreszcie w Jamniku (!) pokrzepiamy się napojem Citron z miejscowej Jednoty i już trochę łatwiejszym terenem poginamy do Spišskiej Novej Vsi.

Chmury nad Spiską Nową WsiąTę mijamy obwodnicą od północy, której zresztą nie ma na mapie. Natomiast na przystanku autobusowym na tejże spotykamy kociaka tak wychudzonego i dzikiego, że zjada nam pól suchej bułki, aczkolwiek broń boże nie z ręki. Zostawiamy mu rozdrobnione drugie pół i ruszamy dalej na zachód z coraz silniejszym wiatrem. W ogóle robi się burzowo. Za to po prawej świetnie widoczne Tatry.

Wkrótce trafiamy na przejazd kolejowy i – tłumacząc się sami przed sobą nadchodzącą burzą i zmęczeniem – z lekkim poczuciem winy cofamy się wzdłuż torów do stacji kolejowej (na tym odcinku wiatr w ryj, już całkiem nieprzyjemny), mając nadzieję, że jeszcze złapiemy jakiś pociąg do Vydrnika (jest tuż przed godz. 19). Pociąg rzeczywiście ma być o 19:19, więc załatwiając bankomat (pobieramy 3.500 SK, potem się okazało, że ideałem byłoby kolejne 4.000) kupujemy szybko bilety w okienku z reklamą “Cestujte s brontozaurom!” (76 Sk w sumie) i z wielkim mozołem ładujemy ubrane rowery do vlaka.Tatry z okolic Spiskiej Nowej Wsi

Po kwadransie drogi z pięknymi widokami na Tatry oraz po niewielkiej słownej utarczce z chłopakiem, który uparł się, żeby przejść obok naszych rowerów do następnego wagonu, mimo iż ten był prawie pusty, podziwiając płonące w zachodzącym słońcu Tatry, jesteśmy w Vydrniku na peronie ze zdekapitowanym przez pociąg, opuchniętym od upału do ponaddwukrotnego rozmiaru i śmierdzącym jak nieszczęście, rozkładającym się kotem. Stąd jeszcze jakieś 4 km przez Hrabušice do kempingu w Podlesku (165 Sk za noc / 2 os plus namiot). Jeszcze bardzo smaczne bryndzowe halušky ze skwarkami (so slaninou) w niezbyt skądinąd przyjemnej restauracji Koliba, rozbicie namiotu, paciorek i spaaaaaać...

Nie nastawiamy budzika – jutro dzień restowy.

Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna