Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 4.
25 lipca (wtorek)
Košice – Krasnohorske Podhradie, 75,5 km

Noc, mimo autostrady i lotniska, spokojna, a poranne wyganianie z namiotu odbyło się tak: o 6:40 Mikiego wygoniła duchota, a o 7:15 Miki wygonił Magdę. Śniadanie, prysznic i przygotowania, włącznie ze smarowaniem łańcuchów trwały do 10:45 (nie wiemy, jak ten czas nam zleciał! Zwłaszcza, że bez paciorka!), a potem naprzód.

Kilka kilometrów drogą ekspresową było dość nieprzyjemnych (duży ruch, no i trąbili na nas – i słusznie). Potem spokojne falowanie droga nr 548 przez Malom Ide (drugie śniadanie pod sklepem), Šemše i cygańskie slumsy w JasovieNovačany (Magdzie po drodze dwa razy spadł łańcuch, ale chyba z powodu niedostatecznych umiejętności płynnego zmieniania przerzutek podczas jazdy na zmianę w dół i pod górę, bo po krótkim kursie tegoż problem znikł). Wkrótce był Jasov, a w nim ładny, choć nie do końca odrestaurowany klasztor norbertanów, nieczynna restauracja i wyglądający z daleka na również nieczynny kemping, a potem burza przeczekana w tartaku, która zabrała nam ok. półtorej godziny. Na wyjeździe z Jasova duże osiedle cygańskich slumsów – rozpacz. Zrobiliśmy tylko jedną fotkę, bo trochę się obawialiśmy zatrzymać na dłużej w pobliżu tego „mrowiska”.

"Vierzigwasserhaus" w StosieZ powodu burzy byliśmy już w niedoczasie, więc “żabi skok” przez Medzev do Štosu, gdzie krótki popas przy zakręconym domu kojarzącym się nieco z "Hundertwasserhaus" w Wiedniu, ale nie aż tak dziwacznym, toteż nazwaliśmy go "Vierzigwasserhaus". No a po nim zaczęła “prawdziwa” jazda. Najpierw ok. 5 kilometrów wprawdzie dość łagodnego, ale żelaznie konsekwentnego monotonnego podjazdu na przełęcz nad Smolnikiem (783 m, średnia ok. 8 km/h), tam znów krótki popas i długi zjazd po fatalnej nawierzchni do Smolnika. Następnie znów dość łagodnie do góry przez Uhorną i tam naprawdę zaczęła się wyrypa. Znak drogowy głosił trzykilometrowy podjazd o nastromieniu 18% (pierwszy raz w życiu taki widzieliśmy, nawet w Alpach tak nie bywało!!). I rzeczywiście – przymusowy postój na złapanie oddechu co zakręt, a potem nawet częściej, a ostatnie 1500 metrów podprowadziliśmy rowery, bo okazało się to efektywniejsze czasowo niż próby podjazdu.

Na przełęczy 999m byliśmy zmachani i całkowicie mokrzy od potu. Ponadto zaczęło się ściemniać i wchodziła mgła, co nie napawało nas optymizmem w kwestii bezpiecznego zjazdu do wsi. Zatem szybka przebiórka w suche i cieplejsze ciuchy i jak strzała w dół (nawierzchnia ponownie kiepska) aż do samego kempingu w Krasnohorskim Podhradiu (zjeżdżając, na samym początku wsi po lewej stronie, 170 Sk/2 osoby plus namiot). Dojechaliśmy o 20:20 i po rozbiciu namiotu oraz kolacji od razu spaaać...

zamek Krasna Horka

Dzień 5.
26 lipca (środa)
Dzień restowy, 18,5 km

Pobudka jakoś po ósmej, bo namiot był w cieniu i dało się pospać dłużej. Generalnie leniwie, więc Miki skoczył po zakupy do obydwu sklepów we wsi rzucając przy okazji okiem na zamek i po niespiesznym śniadaniu, pisaniu kartek pocztowych i wczorajszej kroniki o godz. 14 wyjechaliśmy do Rožňavy. Tam oczywiście na Rynku w RożniavieTesco (można płacić kartą! Gotówki wzięliśmy 4.000 SK na dwie osoby i okazało się to ok. dwukrotnie za mało, bo np. na kempingach zawsze trzeba była płacić gotówką), gdzie zjedliśmy niezbyt smacznego pieczonego kurczaka z frytkami oraz kupiliśmy owoce i takie tam. W mieście obejrzeliśmy pobieżnie dwa kościoły, rynek, zgraliśmy w e-kafejce fotki z aparatu na płytę i zajrzeliśmy do sklepu rowerowego, żeby Mikiemu kupić nowy licznik, bo VDO wczoraj na ostatnim podjeździe jużcodzienność doskwiera ;) kompletnie przestał działać. Liczniki były jednak dość kijowe i nietanie, a przy tym jeno za gotówkę, więc wyszliśmy się zastanowić i... licznik Mikiego zdecydował się zacząć działać! Widocznie czujnik był za daleko od magnesu i stąd jego wczorajszy strajk. Postanowiwszy dać mu jeszcze jedną szansę, zjedliśmy zatem jeszcze lody w Tesco (nadal był upał) i heja pod górkę na kemping.

A na kempingu były: piesek jamnikowaty, co ciągle kichał, więc go ochrzciliśmy Flonidan (rodzaj leku przeciwalergicznego) i dwa rzędy umywalko-prysznico-toalet – jeden rząd damski, a drugi męski. Była też jedna umywalnia naczyń, ale tylko w damskim rzędzie (seksiści!). Potem poczytaliśmy mocno przeterminowane już polskie gazety, co je zabraliśmy byli ze sobą, kolacja i spać.

Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna