![]() |
Kilka
kilometrów drogą ekspresową było dość nieprzyjemnych
(duży ruch, no i trąbili na nas – i słusznie). Potem spokojne
falowanie droga nr 548 przez Malom Ide (drugie śniadanie pod
sklepem), Šemše i Novačany (Magdzie po drodze dwa razy spadł
łańcuch, ale chyba z powodu niedostatecznych umiejętności
płynnego zmieniania przerzutek podczas jazdy na zmianę w dół
i pod górę, bo po krótkim kursie tegoż problem
znikł). Wkrótce był Jasov, a w nim ładny, choć nie do
końca odrestaurowany klasztor norbertanów, nieczynna
restauracja i wyglądający z daleka na również nieczynny
kemping, a potem burza przeczekana w tartaku, która zabrała
nam ok. półtorej godziny. Na wyjeździe z Jasova duże
osiedle cygańskich slumsów – rozpacz. Zrobiliśmy tylko
jedną fotkę, bo trochę się obawialiśmy zatrzymać na dłużej w
pobliżu tego „mrowiska”.
Z
powodu burzy byliśmy już w niedoczasie, więc “żabi skok”
przez Medzev do Štosu, gdzie krótki popas przy zakręconym
domu kojarzącym się nieco z "Hundertwasserhaus" w Wiedniu, ale nie aż
tak dziwacznym, toteż nazwaliśmy go "Vierzigwasserhaus". No a po nim
zaczęła “prawdziwa” jazda. Najpierw ok. 5 kilometrów
wprawdzie dość łagodnego, ale żelaznie konsekwentnego monotonnego
podjazdu na przełęcz nad Smolnikiem (783 m, średnia
ok. 8 km/h), tam znów krótki popas i długi zjazd po
fatalnej nawierzchni do Smolnika. Następnie znów dość
łagodnie do góry przez Uhorną i tam naprawdę zaczęła się
wyrypa. Znak drogowy głosił trzykilometrowy podjazd o nastromieniu
18% (pierwszy raz w życiu taki widzieliśmy, nawet w Alpach tak nie
bywało!!). I rzeczywiście – przymusowy postój na złapanie
oddechu co zakręt, a potem nawet częściej, a ostatnie 1500
metrów
podprowadziliśmy rowery, bo okazało się to efektywniejsze czasowo
niż próby podjazdu.
Na przełęczy 999m byliśmy zmachani i całkowicie mokrzy od potu. Ponadto zaczęło się ściemniać i wchodziła mgła, co nie napawało nas optymizmem w kwestii bezpiecznego zjazdu do wsi. Zatem szybka przebiórka w suche i cieplejsze ciuchy i jak strzała w dół (nawierzchnia ponownie kiepska) aż do samego kempingu w Krasnohorskim Podhradiu (zjeżdżając, na samym początku wsi po lewej stronie, 170 Sk/2 osoby plus namiot). Dojechaliśmy o 20:20 i po rozbiciu namiotu oraz kolacji od razu spaaać...
Pobudka
jakoś po ósmej, bo namiot był w cieniu i dało się pospać
dłużej. Generalnie leniwie, więc Miki skoczył po zakupy do obydwu
sklepów we wsi rzucając przy okazji okiem na zamek i po niespiesznym śniadaniu, pisaniu kartek
pocztowych i wczorajszej kroniki o godz. 14 wyjechaliśmy do Rožňavy.
Tam oczywiście Tesco (można płacić kartą! Gotówki
wzięliśmy 4.000 SK na dwie osoby i okazało się to ok. dwukrotnie
za mało, bo np. na kempingach zawsze trzeba była płacić gotówką),
gdzie zjedliśmy niezbyt smacznego pieczonego kurczaka z frytkami
oraz kupiliśmy owoce i takie tam. W mieście obejrzeliśmy pobieżnie
dwa kościoły, rynek, zgraliśmy w e-kafejce fotki z aparatu na
płytę i zajrzeliśmy do sklepu rowerowego, żeby Mikiemu kupić
nowy licznik, bo VDO wczoraj na ostatnim podjeździe już
kompletnie
przestał działać. Liczniki były jednak dość kijowe i nietanie,
a przy tym jeno za gotówkę, więc wyszliśmy się zastanowić
i... licznik Mikiego zdecydował się zacząć działać! Widocznie
czujnik był za daleko od magnesu i stąd jego wczorajszy strajk.
Postanowiwszy dać mu jeszcze jedną szansę, zjedliśmy zatem
jeszcze lody w Tesco (nadal był upał) i heja pod górkę na
kemping.
A na kempingu były: piesek jamnikowaty, co ciągle kichał, więc go ochrzciliśmy Flonidan (rodzaj leku przeciwalergicznego) i dwa rzędy umywalko-prysznico-toalet – jeden rząd damski, a drugi męski. Była też jedna umywalnia naczyń, ale tylko w damskim rzędzie (seksiści!). Potem poczytaliśmy mocno przeterminowane już polskie gazety, co je zabraliśmy byli ze sobą, kolacja i spać.
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |