![]() |
W
Klušovskej Zabave odbiliśmy o głównej drogi w
prawo, żeby
uniknąć długiego podjazdu (a nie ze względu na ruch, który
był raczej niewielki) i... trafiliśmy na podjazd oraz wspomnianych
dwóch z Polski, z którymi potem się nawzajem
wyprzedzaliśmy przez większość dnia. Przyjechali pociągiem z
Inowrocławia do Medzilaborcov, ale muzeum Warhola czynne od godz.
12, więc nie zwiedzili. Droga falowała przez Hertnik, Fričkovce,
Osikov do Raslavic, a potem główniejsza przez Tulčik i
Kapušany (piękne ruiny zamku na wzgórzu, ale nie
wjechaliśmy
– za stromo) do supergłównej
dwupasmówkę nr 18 do
Prešova. Dłuuugi zjazd w dolinę i już senna mieścina
wokół
nas. Jeżdżąc po opustoszałym centrum (w sumie nic ciekawego do
oglądania plus vypražany syr z americkimi opekanymi zemiakami i
biele hrozno – napój bezalkoholowy z winogron
ponoć mający
przypominać wino, ale bardzo smaczny = lekko ponad 200 Sk/2 os)
zastanawialiśmy się, gdzie są ludzie... A potem pojechaliśmy do
Tesco na obrzeżach. Byli tam! Wszyscy!! Nawet
“nasi” z
Inowrocławia!
W Tesco kupiliśmy sporo różnego żarcia, a Mikiemu zwariował licznik w rowerze. Podczas postoju pokazywał prędkości od 77 do 180 km/h. Stwierdziliśmy, że gdzieś tu musi być jakieś radio (licznik jest bezprzewodowy i komunikuje się z czujnikiem radiowo) i rzeczywiście po odjechaniu od drzwi Tesco licznik znormalniał. Dalej zmierzamy ku Kokošovcom. Na wyjeździe z miasta zahaczamy o Intersport, gdzie Magdzie kupujemy gumowe “rączki” na kierownicę za 129 Sk, bo ją bolały dłonie od nazbyt twardych wcześniej gum. Pomogło.
Stamtąd jeszcze z osiem kilometrów głównie pod górę i już kemping, gdzie... nie przewidziano możliwości rozbicia namiotu! Tylko domki po 200 Sk/os, a tymczasem my już jakoś wyczerpaliśmy ochotę nocowania „na bogato”. Prysznic bierzemy zatem “na krzywy ryj” i zjeżdżamy nad pobliskie jeziorko, gdzie – jak nam powiedziano – wolno rozbić się na dziko. Tyle że tam aż ROI się od gzów! Nawet nie zatrzymaliśmy się u celu i już uciekaliśmy z powrotem, bo żarły żywcem nawet przez ubranie! Rada w radę postanowiliśmy popytać we wsi, czy kto nam nie pozwoli się rozbić w ogródku, ale po drodze trafiliśmy na piękną ukrytą łąkę i tamże za darmochę się zaokrętowaliśmy (bez gzów, tylko trochę komarów). Magda nieco się bała koni, których nie było (Magda: fałsz! Były konie. Dwa duże przedefilowały o zmierzchu z najprawdopodobniej “strażnikami lasu-teksasu” i jeden malutki – samopas), ale noc upłynęła spokojnie.
Pobudka samoistna o siódmej – Miki znów nie mógł wytrzymać gorąca w namiocie. Magda wstała na gotowe śniadanie ok. 7:45 (woda, tym razem na maszynce benzynowej, gotowała się 7 min! :) ). Pożarliśmy po 2,5 bułki oraz kawę posłodzoną zagęszczonym mleczkiem Piknik – mniam! O 9:45 już byliśmy przed miejscową Coop-Jednotą na batonika, picie (było już ze 30 st. Celsjusza!) i toaletę w barze i po godz. 10 heja! Tego dnia zebraliśmy się pierwszy i ostatni raz tak sprawnie. Okazuje się, że sypiać „na dziko” jest podwójnie warto ;)
Zjazd
do Dulovej Vsi, potem podjazd (lekki) do Zaborskeho i dłuuugi zjazd
ku autostradzie D1. Wzdłuż niej na południe do Petrovej, tam
wiaduktem nad nią (kilka fotek cyknęliśmy) i postój w
Kendicach na “tankowanie” i lody. Jeszcze
smarowanie kolan Fastum
“na wszelki wypadek”. Dalej Ličartovce, Bretejovce
(cały czas
lekko w dół) i Budimir, gdzie był
“kaštiel”, czyli
mały, odrapany dworek z nieczynnym w poniedziałki – zresztą w
środku zapewne wypłowiałym – muzeum. Ale z ładnym
ogródkiem.
Tamże pożarliśmy zatem sucharki z nutellą. Dalej przejechaliśmy
dla odmiany pod autostradą, która zresztą tu się kończyła,
przechodząc w dużą dwupasmówkę. Woleliśmy nią jednak nie
jechać, bo raz, że spory ruch, a dwa że w tym miejscu szła dość
ostro pod górę (więc w tym sporym ruchu trzeba by raczej
długo przebywać). Zamiast tego jedziemy prosto przez Beniakovce,
dalej okropnym (w stylu drogi Ustrzyki Grn. - Wołosate!) asfaltem
(ale remontują w ramach SAPARDU) do Hrašovika i
główną w
prawo ostro pod górę (jednak nie dało się tego uniknąć,
ruch też był niemały) aż ku granicy Košic. Tu najlepszy jak
dotąd zjazd (Miki: 62,5 km/h) ku centrum, chwilka błądzenia i już
jesteśmy na PIĘKNEJ starówce.
Okazała się ona warta dziewięciominutowego filmiku, ale ten nakręciliśmy potem, bo najpierw była próba odnalezienia baru, gdzie Miki jadł z Bananem pyszne żarcie w 1999 roku w drodze koleją w góry Rumunii. Niestety bar zlikwidowali, szukamy przeto restauracji i, jak zwykle grymasząc na ceny, lądujemy najpierw w Levočskym Domu, ale tam menu dnia “nie je”, to i my nie jemy. Zamiast tego pizza w knajpie “Roberta” po 69 Sk w promocji (bardzo dobra, choć o ok. 1/3 mniejsza niż polski standard, Huann by się nie najadł :p). Zakupy w domu towarowym (nie hipermarkecie) Tesco przy głównym placu, po wyjściu z którego okazało się, że próżniowo pakowane salami jest spleśniałe. Miki wygrzebuje zatem paragon z kosza i idzie do pani w okienku od przyjmowania butelek, która patrzy na spleśniałe salami i mówi, że data ważności jest 16 sierpnia, więc ona nie widzi problemu (!!). Miki na to, że nic go to nie obchodzi, on chce mieć dobre salami. Pani wreszcie zgadza się niechętnie na wymianę. Odjeżdżamy jak pyszni kręcąc film.
Po filmie spad na południe Košic, gdzie ma być kemping (ten na zachód od miasta w Bukovcu, gdzie zamierzaliśmy pierwotnie spać, ponoć zlikwidowali). Kemping odnajdujemy z trudem, a z jeszcze większym trudem udaje nam się nań dostać, dwukrotnie okrążając po drodze dwupoziomowe skrzyżowanie oraz przejeżdżając przez chaszcze i chybotliwą, kaziową kładkę nad strumieniem. Sam kemping znajduje się między autostradą a lotniskiem – czujemy się jak w domu! :p
Namiot, prysznic, kolacja, paciorek i lulu...
| Tour de Slovakia 2006: | Poprzednia | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | Następna |