Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Dzień 1.
22 lipca (sobota)
Łódź – (pociąg) – Gorlice – Bardejov, 67 km

Pociąg z Kaliskiej odjechał o 1:15 z dziesięciominutowym opóźnieniem i oczywiście od razu Miki zrobił się głodny :p Zalosował tedy kanapkę z serem wędzonym by Magdy Mama plus kabanosa i chciał zagryźć jajem na twardo, których w wilię wyjazdu nagotował był siedem, ale te bez rozmrożonej lodówki się przez dobę popsuły i gwoli niesmrodzenia w przedziale Miki wywalił je przez okno. Dość spektakularnie po kolei wyfruwały z foliówki. Mieliśmy przedział dla siebie, a rowery bezpiecznie przypięliśmy tuż obok na ostatnim pomoście, więc można było iść spać. Magda zasnęła i śnił jej się Mikiego Tata sprawdzający bilety w pociągu “dla jaj” oraz czekoladowy piesek. Miki nie bardzo mógł zasnąć, więc za to co stację wyglądał, co z rowerami. Były.

Kraków jednak przespaliśmy i obudziliśmy się w Stróżach, gdzie odłączali wagony do Krynicy. Stąd już tylko 35 minut do Gorlic-Zagórzan. Tamże, wysiadłszy w środku niczego, “ubraliśmy” rowery w sakwy, torbę z żarciem i namiot oraz kari maty i heja! muzykant na rynku w GorlicachPierwszy przystanek na stacji benzynowej pomiędzy Zagórzanami a właściwymi Gorlicami na mycie zębów. Potem, w centrum Gorlic na ładnym ryneczku była kawa i fanta limonka oraz pan grający na grzebieniu.  No i zakupy w Albercie (dobre jabłka, 3 paczki gum Orbit po 25 drażetek i woda). Potem już out z Gorlic w kierunku na Konieczną.

No i zaczęło się darcie pod górę. Najpierw troszkę z fragmentami zjazdu nawet, gdzie Magda zgłosiła, że nie może zmieniać przerzutek (Miki sprawdził – fałsz) i coś jej stuka w pedale (Miki sprawdził – prawda, coś stuka w suporcie – łożysko? Niezły numer na początek!). Cichcem pojechaliśmy dalej – może się suport nie zorientuje? ;)

A dalej, za Małastowem był pierwszy megapodjazd na przełęcz Małastowską (604 m), na którym w pełnym skwarze i słońcu zrobiliśmy tylko dwa postoje po kilka minut. A podjazd miał z pięć kilometrów i ponad 300 metrów różnicy wzniesień jak nic. Na przełęczy zmęczenie i radość, że “dajemy radę”, a potem ładny, choć nie tak długi jak podjazd, zjazd do Gładyszowa. Następnie droga falowała przez Zdynię i Konieczną aż do przeł. Dujawa, gdzie kawa, toaleta i przejście graniczne. Za granicą za to ładny choć lekko wyboisty zjazd do Becherova, potem pierwsze zakupy za korony w Zborovie i jeszcze chwilka, i byliśmy w Dluhej Luke (Długiej Łące) pod Bardejovem. Tam się rozglądnęliśmy za kwaterą, ale zaśpiewali po 300 Sk/os, więc odpuściliśmy. Do Bardejova był rzut suchym beretem po mokrym asfalcie (wcześniej przeszła burza), a tam po sprawdzeniu kilku drogich “penzjonów” zawitaliśmy w końcu do znajomej z poprzedniej (górskiej) wycieczki noclegowni (Ubytovňa) tuż przy murach starego miasta, gdzie nocleg kosztował 200 Sk/os. Warunki za to spartańskie – zimna woda i niezbyt czysto, ale łóżka OK (choć w jednym przy jego przestawianiu wyłamały się nogi!) i szło się wyspać. Przed snem jednak rundka po starym mieście (piechotą ;), trochę fotek i kolacja (vypražany syr z hranolkami i tatarska omačka + 0,5 l piwa Kozel = 220 Sk/ 2 os). Restauracja też ta sama co poprzednio – w bramie na wschodniej pierzei rynku (nazwa nam się nie utrwaliła, ale polecamy).

Noc upłynęła spokojnie, co niekoniecznie było normą, bo spotkani nazajutrz dwaj rowerzyści z Inowrocławia mówili, że w „penzionie” za 215 Sk/os mieli pod oknem cygańskie wesele do 4 nad ranem...


Tour de Slovakia 2006: Poprzednia 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna