Moje wyprawy na przestrzeni dziejów - Alleluja i do przodu!

Tour de Slovakia 2006
plus czasówka do Wiednia
wyprawa rowerowa, 16 dni 860 km
uczestnicy:

Magda Miki
Magda Miki

Wstręt baj Miki (albo aknołledżments)

Pomysł wyprawy rowerowej w góry wschodniej i środkowej Słowacji chodził mi po głowie od 1997 roku, a konkretnie od poprzedniej i zarazem niestety ostatniej dotychczas tego typu wyprawy, kiedy to z kuzynem Maćkiem przez tydzień przejechaliśmy z Węgierskiej Górki k. Żywca do Bratysławy, którą potem przez prawie tydzień zwiedzaliśmy. Machnęliśmy wtedy (razem z Bratysławą i jednodniową wycieczką wokół niej) równo 1.000 km i bynajmniej nie było to za dużo ;) Więcej o tamtej wyprawie przeczytasz tutaj.

Na tamtej trasie były jednak tylko dwa poważniejsze podjazdy, których pokonanie (a zwłaszcza następujących po nich zjazdów ;) napełniło mnie ochotą skomponowania trasy o takim profilu, gdzie niemal codziennie byłyby ze dwa poważne podjazdy i – zwłaszcza – zjazdy po nich ;) Do tego celu idealna wydała się Słowacja wschodnia i środkowa, bo blisko i można dojechać do granicy względnie niedrogo pociągiem, na miejscu tanio, drogi dobre i gór ile dusza zapragnie. Wkrótce po powrocie z “tamtej” wyprawy zabrałem się za planowanie następnej (włącznie ze szczegółowo skomponowaną trasą, która przetrwała niemal niezmieniona od tamtego czasu!) z nadzieją, że może już za rok...

Niestety jakoś tak wyszło, że z roku zrobiło się 9 lat, a Maciek – mimo że zaproponowałem mu udział w nadchodzącej wyprawie – niestety nie dał rady z nami pojechać. Pożyczył za to Magdzie sakwy, a mnie kask, za co bardzo mu niniejszym DZIĘKUJEMY.

Zatem z roku zrobiło się 9 lat, a z Maćka zrobiła się Magda ;) którą poznałem właśnie na wycieczce rowerowej ok. roku temu. Z jednej wycieczki zrobił się rok i wiele wspólnych wycieczek, a ponieważ tradycja zobowiązuje, więc postanowiliśmy kontynuować ją razem i zrealizować to, co czekało w mojej głowie od tak dawna. Za to, że się odważyła i mi zaufała, że da radę, chciałbym ja z kolei Magdzie bardzo serdecznie PODZIĘKOWAĆ.

Dziękujemy też Rodzicom Magdy za to, że – mimo że nie bardzo wierzyli, że damy radę – jednak nie uznali pomysłu za niemożliwy i nie tylko opiekowali się przez dwa tygodnie psem ;) ale i zafundowali Magdzie wypasiony kask :) oraz Rodzicom Mikiego za – jak zwykle – życzliwe wsparcie oraz to, że kupili nam trochę jedzonka na pierwsze dni. Wagi podziękowań nie umniejsza wcale fakt, że tego jedzonka Miki w końcu zapomniał od Nich zabrać ;)

Last but not least dziękujemy Czarnemu, który ze psem wychodził i to bez nadziei na wynagrodzenie w postaci lentilek, których zresztą w końcu nie dostał ;)

uczestnicy Tour de SlovakiaWracając zaś do nas, czyli Magdy i Mikiego (lat oboje po dwadzieścia kilka) – po odpowiednich, a czaso– i funduszochłonnych przygotowaniach sprzętu (choć i tak mieliśmy tuż przed wyjazdem wrażenie, że mógłby być przygotowany lepiej), zdecydowaliśmy się rzucić w tę przygodę, choć bez pewności, że starczy nam sił na przejechanie całej trasy. Z drugiej strony mieliśmy 16 dni wolnego (licząc z weekendami), a trasa miała – teoretycznie – 10 dni plus odpoczynki, więc czemu miałoby się nie udać?

W ramach przygotowania kondycyjnego (choć wyczytaliśmy w dwóch niezależnych źródłach, że to nie ono jest najważniejsze) machnęliśmy kilka jednodniowych wycieczek, z czego jedną z nasze wehikułyŁodzi nad Zalew Sulejowski i z powrotem (wyszło 123 km w 5,5 godziny efektywnego czasu jazdy, cała wycieczka trwała równo 10 h) w koszmarnym upale i tak nas to rozzuchwaliło, że nawet jeszcze przed wyjazdem na Słowację zaczęliśmy się zastanawiać, co zrobimy, jeśli zaplanowaną trasę uda nam się przejechać szybciej. Co prawda rozsądek studził nieco te zapędy, ale i tak zdążyliśmy sobie wymarzyć dojazd pociągiem do Bratysławy, a potem rowerem do Wiednia i po krótkim zwiedzaniu z powrotem rowerem.

W ramach zaś przygotowania teoretycznego przejrzeliśmy pozostały po poprzedniej wyprawie Pascalowski przewodnik po Słowacji i... zwątpiliśmy, czy jechać. Dominował ton, że “tu nie warto wchodzić, bo najciekawsza i tak jest bryła od zewnątrz” lub “widok z bramy” bądź też, że “nie ma po co odwiedzać tego muzeum, chyba że ktoś jest zapalonym miłośnikiem kogoś-tam” lub wreszcie, że “nie ma sensu zbaczać z drogi, by zobaczyć tę cerkiewkę, bo freski są zdecydowanie wypłowiałe”. Zaraz, halo! To po co my tam jedziemy?!

W końcu zdecydowaliśmy, że jedziemy odpocząć psychicznie i zjeździć kawałek świata, a ewentualne zwiedzanie dokonywać raczej z zewnątrz, a jeśli gdzieś wchodzić, to jedynie na wyraźne wskazanie przewodnika, który zamierzaliśmy jednak czytać przed pobytem w każdym z opisywanych w nim miejsc.

Wreszcie 21 lipca wsiedliśmy w nocny pociąg z Łodzi do Gorlic i zaczęła się Przygoda...


Tour de Slovakia 2006:
1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 Następna